Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sanatorium. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sanatorium. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 maja 2018

Zdublowany Mareczek i odkryty ksiądz.

Wczoraj wieczorek pożegnalny nie wypalił. Pomimo chwytu marketingowego, iż wyprzedano wszystkie bilety, wiało pustką. Na parkiecie królowały pary. Grażynka w objęciach Tadeusza z różą w dłoni, nie robiła na nikim wrażenia. Taaaaa. Do wszystkiego można się przyzwyczaić.

sobota, 19 maja 2018

Płonące konary zgaszone przez służbistę. Rozgrywki bez przykrywki.

W związku z szeroko zakrojoną integracją, o której wspominałam wcześniej, poznałam Krzysztofa. Krzysztof leżał na sąsiedniej leżance, podczas okładów z parafiny. Przez dwadzieścia minut, zdążyliśmy się poznać, o tyle o ile. Jednakże miałam takie wrażenie, że znam go całe wieki. Ba! Zdążyłam nawet polubić zaraz po ty, jak wyznał, że to ja powinnam na balu przebierańców zająć pierwsze miejsce. W każdym bądź razie, on głosował na mnie.Ha! Wyznał mi jeszcze, że miał zamiar przebrać się za księdza, ale nie zabrał ze sobą odpowiedniej koszuli.

piątek, 18 maja 2018

Sanatoryjne okonie.

Tak w ogóle to nie powinnam narzekać. W końcu trafiłam na spoko koleżankę, a tuż obok naszego pokoju znajduje się kawiarenka serwująca cienkie drinki i kijową muzykę. Jednakże jak ktoś chce potańczyć, to mu słaba muza w tańcu nie przeszkodzi. Tak jak mnie na ten przykład.

piątek, 11 maja 2018

Kto, z kim i dlaczego.' Młodzi" bogowie parkietu.

Dziś będzie o bliżej poznanych kuracjuszach.
Na pierwszy ogień pójdzie Doronia, koleżanka moja najbliższa, gdyż śpi tuż obok mnie. Śpi to w nocy, a w dzień "dżemie" Choć mam nieco inne zdanie na ten temat. Bo według mnie, jeśli ktoś chrapie przez większą część filmu, to jednak śpi. Tłumaczę kobiecie, jak krowie przy rowie..
 - Połóż się kochanieńka, nakryj kocykiem i się nie męcz w pozycji półleżącej.
Jednak ona twierdzi, że spać w żadnym wypadku nie zamierza, więc i kłaść się nie będzie. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że zdarza jej się nagle zbudzić ze snu, i skomentować kadr z filmu zupełnie od czapy... a zaraz potem znów zasnąć. Powiem wam, że to wogle mnie nie denerwuje, a wręcz przeciwnie. Śmieję się jak głupia i nie mogę się powstrzymać, bo ona ów komentarz, zupełnie nieświadomie, wyraża swoją gwarą.

czwartek, 10 maja 2018

Jak cię widzą, tak cię ocenią.Rogi Ricziego.

Dziś internet szaleje, więc korzystam z okazji i ciągnę temat szeroko pojętej rozrywki sanatoryjnej. Wybaczcie, że rzadziej zaglądam do Was, ale tu się tyle dzieje, że ledwo nadążam z opisywaniem tego cyrku!

Kilka dni temu zawitał do nas kabaret. Śmiech to zdrowie, więc za jedyne 15 złociszy nabyłyśmy z Dorotką bilety, odstroiłyśmy się w najlepsze kiecki i zajęłyśmy miejsca. Tłumów nie było – raptem trzydziestu zapaleńców. Było wesoło, ale głównie za sprawą niejakiego Ryśka vel Ricziego.

Riczi, mąż jednej z kuracjuszek, najwyraźniej cierpiał na zaawansowaną postać ADHD. Nie mógł usiedzieć, darł się, oceniał artystów i widzów (mało konstruktywnie). Jego żona, Grażyna – przez wszystkich zwana Kremówką, bo z Wadowic – próbowała go pacyfikować, ale Riczi tylko bardziej się nakręcał, ograniczony jedynie krzesłami przykręconymi do podłogi.

Potem impreza przeniosła się na parkiet. Miałam ten „zaszczyt”, że Riczi porwał mnie do tańca. No jak ja się namęczyła, to Wy pojęcia nie macie! Gość stosował niesprecyzowane wymachy kończynami. Gdy próbowałam patrzeć na stopy, by przeżyć, on podniósł mi brodę i nakazał: „Patrz mi w oczy!”. O dziwo, to zadziałało – przestałam się plątać w jego nogach, ale ulga, gdy piosenka dobiegła końca, była nie do opisania.

A teraz najlepsze. Kremówka od początku turnusu balowała w ramionach Tadeusza. Romans wisiał w powietrzu tak gęsto, że nie trzeba było okularów, by go dostrzec. Nagle Grażyna ogłasza nam: „Przyjeżdża mąż, poznam go z Tadeuszem”.

Jak powiedziała, tak zrobiła. Siedzieli przy stoliku we trójkę. Słyszałam nawet, jak Riczi pyta żonę: — A to ten Tadeusz, o którym mi tyle opowiadałaś?

Po baletach cała trójka udała się do pokoju „zacieśniać więzy” przy wodzie ognistej. Całe piętro zamarło w oczekiwaniu na mordobicie albo interwencję policji. A tu nic! Riczi wyjechał następnego dnia, obrażając po drodze wszystkich kuracjuszy, a wieczorem...

Kolejna potańcówka: Grażyna wtulona w Tadeusza, na stoliku bukiet czerwonych róż, uściski i pocałunki bez końca. I wiecie co? Nikt nie splunął pod nogi. Nikt nie potępił. Riczi zrobił tak fatalne wrażenie, że całe sanatorium kibicuje Tadeuszowi.

A niech ma dziewczyna! Skoro mąż to taki „eksponat”, to sanatoryjna miłość należy jej się jak psu buda.























 
  

środa, 9 maja 2018

W pasiastym klimacie. Ten się śmieje, kto wcześniej przyjdzie.

Od razu, bez wstępu, przechodzę do rzeczy, bo tutaj net raz jest, a pięć razy go nie ma. Rzecz dotyczy balu przebierańców, który odbył się ostatnio w naszym sanatorium. Wiedząc o nim wcześniej, poprosiłam córkę, by przywiozła mi przebranie z domu. Postanowiłam być oryginalna i nie korzystać z wypożyczalni u obrotnego przewodnika.

Zanim jednak nastał wieczór, moja latorośl zapragnęła zwiedzić okolicę. Poleźliśmy więc wszędzie: na punkty widokowe, do wodospadu i do muzeum.

Swoją drogą, muszę wspomnieć o „zdolnościach” tutejszych kuracjuszy. Poprosiłam jednego o fotkę na tle pięknej panoramy. Gość tak „opanował” mój telefon, że zamiast widoków, w galerii znalazłam... trzy portrety jego własnej twarzy. Tak że tego. Zbaraniałam totalnie.

Wróciłam do pokoju wykończona, marząc tylko o wyciągnięciu nóg. Ale zabawa już trwała! Ostatkiem sił wbiłam się w polarowy kombinezon w paski, zawiązałam na głowie dwa węzły imitujące uszy, domalowałam rzęsy, czarny nosek i – jak na zebrę przystało – pogalopowałam na salę.

Wpadam przez drzwi, słyszę gromkie brawa i... staję jak wryta. Na parkiecie widzę:

  1. Cygankę,

  2. Panią Wiosnę,

  3. Kobietę w wianku z mleczów. I to by było na tyle. Cztery przebrania na cały turnus! Co za żenada.

Wycofać się nie było jak, bo w drzwiach stał tłum gapiów. Skoro już zrobiłam z siebie pośmiewisko, postanowiłam iść za ciosem. Podczas prezentacji wypaliłam prosto z mostu: — Uciekłam z ZOO we Wrocławiu! Szukam lwa, który mógłby mnie schrupać, ale widzę tu same osiołki...

Błyskotliwość osiągnęła apogeum, a sala ryczała ze śmiechu. Zebra pokazała pazur (albo raczej kopyto).

Wygrała Pani Wiosna, co wzbudziło ogólne podejrzenie o korupcję w kręgach sędziowskich. Ja zajęłam zaszczytne drugie miejsce. Nagroda? Drink sponsorowany przez dyrekcję i obietnica dyplomu na koniec turnusu. Czad!

Dobra strona tego wszystkiego? Nie muszę się już nikomu przedstawiać. Wszyscy wiedzą, kim jest ta wariatka w pasach. 

Zebra rządzi!!!















czwartek, 3 maja 2018

Idź w stronę światła. Przekażcie sobie znak pokoju.

  Zawsze mam niejaki problem z początkiem wpisu, bo potem to już leci z górki. O czym by tu dzisiaj? Może pociągnę temat komercyjnego Marka.

Zanim jednak o Marku, muszę wspomnieć o naszym korytarzu. Do pokoi na pierwszym piętrze prowadzi ciemny tunel, na którego końcu majaczy wyjście awaryjne. Zanim fotokomórka łaskawie zapali światło, idziemy w stronę tego nikłego blasku na oślep. Czujemy się z Doronią, jakbyśmy co i raz zaliczały śmierć kliniczną. Czad!

Marek, nasz sąsiad, wpadł mi w oko już pierwszego dnia, gdy wieszał pranie na wspólnym balkonie. Byłyśmy pewne, że w tej „strefie małżeństw” jest z żoną, ale szybko wyprowadził nas z błędu. Wpadliśmy na siebie w tym naszym korytarzu-tunelu. — O, jak miło spotkać sąsiadkę — zagaił. — Tak sam sobie tu mieszkam i nie mam do kogo zagadać. Marek jestem.

I tak oto zadzierzgnęły się więzi. Przystojniak wpadał do nas często i gęsto, racząc nas opowieściami o swoim życiu. Gadał tyle, że rzadko dopuszczał nas do głosu. Jednak wieczorami znikał niczym kamfora. Pojawiał się dopiero po 22:00, gdy parkiet w kawiarence obok już ostygł.

Nie trzeba było Sherlocka Holmesa, by zorientować się, że nasz Casanova zaprasza do siebie coraz to nowe kuracjuszki. Co najciekawsze – zupełnie bez skrępowania spowiadał nam się ze swoich podbojów. Czułyśmy się z Dorotką jak w konfesjonale. Może chłopina po prostu musiał się wygadać? Albo po prostu pękał z dumy?

Tuż przed wyjazdem Marek przeszedł do konkretów i złożył mi „propozycję nie do odrzucenia” – zaproszenie do swojego pokoju. Oczywiście powiedziałam grzeczne senkju i gudnajt. Marek próbował jeszcze wyłudzić mój numer od Doroni, ale że same jeszcze nie zdążyłyśmy się wymienić namiarami, koleżanka go odprawiła z kwitkiem. Mnie osobiście o numer nie zapytał. Honorowy!

Pożegnaliśmy się zgodnie z bon-tonem i tyle go widziałam. Przynajmniej zostawił po sobie czystą spódniczkę kelnerki, co obiecał załatwić w recepcji. Dobre i to.

Aaaaaaa... już wiem, o czym będzie następny wpis! Notonara.


























   

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

O choinka! Na straży czystości.

Dziś oddycham z ulgą! Wreszcie udało mi się pożyczyć laptopa od pewnego uprzejmego kuracjusza. Tyle się dzieje, a pisanie na tablecie wymaga od groma cierpliwości. Jaką cenę przyjdzie mi zapłacić za to wypożyczenie? Nie pytajcie. Ale kij z tym – dla Was wszystko!

Do obiektu dotarłam koło szóstej rano. Po wręczeniu recepcjonistce przywiezionego z Podlasia sękacza, stał się cud. Dostałam klucz do „dwójki”, która wcześniej była zarezerwowana wyłącznie dla małżeństw. Karma wraca w cukrze i jajkach!

W pokoju zastałam już Dorotkę – koleżankę spod Kielc, która wycwaniła się i przyjechała dzień wcześniej. Dorotka kocha gadać i „goda po ichniemu”. Czuję, że po trzech tygodniach moje śledzikowanie wymiesza się z jej gwarą w taką mieszankę, że sama siebie nie zrozumiem.

Sanatorium leży pięknie na zboczu góry, widoki powalają. Zdążyłam już zaliczyć kawę na tarasie w towarzystwie Wacława i Lecha (nie tracę czasu, wiadomo!), ale to, co zobaczyłam przed gabinetem lekarza, wybiło mnie z rytmu.

W szklanej witrynce, tuż obok recepcji, dumnie prężyła się... choinka. A na gałązkach w wazonie dyndały wielkie, czerwone bombki. Pensjonariusze, zajęci licytowaniem się na choroby i sanatoryjne doświadczenia, zupełnie ich nie dostrzegali. Mój komentarz był krótki: gdyby tu ktokolwiek wycierał kurz choć raz na kwartał, to na tych gałęziach wisiałyby wielkanocne wydmuszki!

Integracja w kolejce trwała dwie godziny, bo lekarz najwyraźniej uznał, że spóźnienie to element terapii. Ciśnienie skoczyło wszystkim dopiero wtedy, gdy doktor zaczął wywoływać „Vipów” (pacjentów komercyjnych) bez kolejki. Gdyby spojrzenia mogły zabijać, komercyjni padliby trupem przed progiem gabinetu.

Na stołówce zasiadłam przy stoliku z dietą (ostatnie sanatorium to +4 kg, więc nie ma żartów). I to był strzał w dziesiątkę! Mój stolik jest najbardziej rozrywkowy na całej zmianie. Obsługuje nas młoda kelnerka – 180 cm wzrostu i zero uśmiechu. Spogląda na nas z taką wyższością, jakby lada chwila miała wylać nam zupę na głowy.

Ale hitem jest jej czarna spódniczka. Z dnia na dzień przybywało na niej białych wykwitów – akurat na wysokości pośladków. Nasza grupa badawcza wysnuła hipotezę: panna po prostu wyciera brudne łapy o własny tyłek. Wacław chciał jej zwrócić uwagę, ale padło larum, że zacznie nam pluć do talerzy. Na szczęście „Komercyjny Marek” (o którym jeszcze napiszę!) obiecał zrobić dym na recepcji przy wyjeździe.

Efekt? Dziś kelnerka paradowała w idealnie czystej czerni. Cała stołówka aż zamarła z niedowierzania. Obstawiamy teraz, jak długo ten stan potrwa. Jak wygram – pochwalę się!

Notonara!




















wtorek, 6 marca 2018

Górna półka w zasięgu. Strategiczne odwiedziny u rodziny.

Omamuńciu! Jakiegoż zdziwienia właśnie dziś doświadczyłam, zagłębiając się w blogowe archiwa. Nie uwierzycie, ale dokładnie rok temu, 28 lutego... JUŻ BYŁA WIOSNA. Gdyby ktoś inny mi to wmawiał, to bym go puknęła w czoło. A tu, proszę bardzo – sama to czarno na białym opisałam!

Tymczasem dzisiaj? Co prawda mróz trochę odpuścił, ale wiatr od rzeki wiał tak przeszywająco, że głębiej naciągnęłam czapkę na uszy. Rano było, bagatela, MINUS SZESNAŚCIE! Gdzie ta wiosna, ja się pytam?

Ale nie o mrozie chciałam. Pragnę donieść wszem i wobec, iż pod koniec kwietnia jadę do wód! A co najważniejsze... tadaaaaammmm!... załapałam się na górną półkę. Ha! Widocznie pakuneczek z ciastem dla odpowiednich osób zrobił swoje. Karma (i cukier) wraca!

Owa „górna półka” mieści się jakieś 670 km od mojego grajdołka. Kiedy zaczęłam sprawdzać dojazd, o mało nie spadłam z krzesła. Według rozkładu, zanim stanę na progu owego przybytku, będę w trasie 13 godzin. Trzynaście! W tym czasie mogłabym dolecieć do Panamy – i to bez przesiadek.

PKP zaoferowało mi do wyboru trzy lub pięć zmian przewoźników. Nie powiem, lubię mieć wybór, ale wizja biegania z peronu na peron z wypakowaną po brzegi walizą sprawiła, że wszystko mi opadło. Zaczęłam nerwowo wyginać palce, szukając jakiejś alternatywy. I voilà! Kto szuka, ten znajdzie.

Pojadę do sanatorium... przez Czechy! Plan jest iście szatański:

  1. Odwiedzam czeską rodzinkę, która regularnie nawiedza moją hacjendę, a u której nie byłam jakieś trzydzieści lat.

  2. Spędzam tam miło czas (wymieniając uprzejmości i pewnie coś mocniejszego).

  3. A potem oni... po prostu odwożą mnie pod sam próg sanatorium. Pffff... to tylko 60 km od nich!

Taka kombinacja to ciut nie potrójny axel. Można już klaskać!

tu grzeliście ławę najczęściej

Etykiety

sanatorium problemy wycieczka budowa podróż praca zabawa zaskoczenie kolega morze mąż wyjazd Małż auto blog dylematy ksiądz pamięć przygoda rehabilitacja syn tańce wesele wizyta święta życzenia Konstancja altana argumenty blondynki choroba cud dom fachowcy goście imieniny integracja koleżanka kłótnia majster narodziny ogród początek powrót pragnienie propozycja rocznica rodzina siostry spostrzegawczość sprzątanie sylwester szczęście urodziny urzędnik wnuczęta zakupy zguba zima święto żona Nowy Rok Nowy Rok plan przygoda ogień apel awaria wycieczka morze koncert auto awaria holowanie sąsiad auto zakup akademia babcia autobus awans awaria bal bank bociek bunt cel cmentarz dach demencja deszcz działanie egoista film folklor gra gwara góra głos higiena historia impreza informacja. irytacja życie rodzinne spokój jazda kazanie kelnerka kierat kieszonka klucze kobieta kolacja walentynki koledzy koleżanki kolęda komplement komórka kolega podejrzenia kwiaty lekarz lód marzenia masarz masaż matka metoda miłość mróz mądrość ludowa mężczyzna nerwy niespodzianka niewdzięczność nowe miejsce nowy sprzęt odchudzanie święto zaskoczenie mąż odcinki odwyk uzależnienie słodycze ognisko pieszczoty plaża podarki pogoda pogoda operator sms córka poród Anioł pomoc pomyłka porada porządek sukienka pułapka ratunek postanowienie powiedzenia pozytywne postrzeganie świata pozytywne wnioski pośpiech prezent prośby przebranie przedwiośnie przemyślenia przeprosiny przyjazd pytania radość relacja remont rocznica śnieg zaskoczenie tajemnica proboszcz rozmowy rozterki rubikon rysa sanatorium koleżanki sanatorium masażysta pogoda fajfy flirt schemat siostry rodzina relaks blokada spełnienie spowiedź strata synowie szał szwagierka słońce pole truskawki pielenie opalanie. tatuś teleporada zdrowie lekarz zdumienie cud teściowa śmierć rocznica torebka traktor troska tęsknota uraz. wesele goście suknia zabawa wróżba wspomnienia wspomnienia sylwester święta wycieczka morze szaleństwo wyjaśnienie wyobraźnia zakochani zakupy ekologia wesele zdjęcia zdrowie zmiany znajomy zwierzęta zęby złość bezradność zdumienie ściana śmieci śniadanie święta prezenty zaskoczenie radość święta wypieki foremki wzrok komórka zaskoczenie źródła