"Wtedy dopiero warto brać się za pisanie, jeśli mamy odwagę napisać to, czego nie mielibyśmy odwagi powiedzieć" Emil Cioran.
poniedziałek, 26 lutego 2018
Dla odmiany bliskość ściany. Domorosły ekonomista.
Jak to mówią, przysłowia mądrością narodów. I ta mądrość niejednokrotnie błyska mi po oczach, oślepiając i sprowadzając na ziemię. Zaraz po tym, jak budzę się z ręką w nocniku.
Tak było i tym razem.
I ja się pytam, ile jeszcze razy mnie to czeka? Hęęęę? Bo co do tego, że będą te " razy", to nie mam wątpliwości. Akurat w tym przypadku, to nawet ociupiny złudzenia nie mam, iż będzie inaczej. I nie pomogą pozytywne myśli, mantry powtarzane każdego dnia, pacierze w intencji, czy też inne zaklinanie rzeczywistości.
O czym to ja dziś chciałam, bo się zapętliłam? Aha. O tym, że...
Małe dzieci spać nie dają, duże żyć.
środa, 14 lutego 2018
Swoiste kuriozum. Święto udręczonych.
Co za dzień dzisiaj jest – każdy wie, bo nie sposób uciec od tego trąbienia. A co ja na to? Podobno jako osoba zamężna powinnam dziś celebrować wyłącznie Środę Popielcową. I wiecie co? Nawet by mi to pasowało, gdyby nie fakt, że o 5:43 zostałam gwałtownie wyrwana z głębokiego snu.
Mój Małż Pamiętający Wybiórczo zapomniał, że mam wolne. Co prawda w trakcie puszczania sygnału doznał olśnienia, ale było za późno – Kalina w telefonie już zdążyła ryknąć. Z łomoczącym sercem oddzwaniam, bo o tej porze telefon oznacza tylko jedno: katastrofę. A ten mi składa życzenia, przeprasza i każe iść dalej spać... No zabić to mało!
Oczywiście o spaniu nie było już mowy, bo Fruzia i Toczka uznały, że skoro Matka nie śpi, to michy mają być pełne. Polazłam do kuchni, potem do łazienki, aż w końcu wyjęłam deskę do prasowania i spędziłam przy niej dwie „czarowne” godziny. I tak oto mój dzień zakochanych osiągnął szczyt atrakcji.
Teraz siedzę z kawą i kardamonem, grzebiąc w blogowych archiwach. Czytam swoje wpisy z czasów, gdy neurologia gościła mnie z kroplówką, i stwierdzam jedno: parę lat minęło, a ja dalej uważam, że to święto jest przereklamowane!
Manifest Przeciwko „Glonojadom” (z archiwum)
Dzięki funkcji „kopiuj-wklej” przypominam światu: po co nam ten jeden dzień masowego omamiania laurkami i otrzepanymi różami? Co z tymi, którzy nie przylegają do nikogo jak glonojad? Czy nikt nie widzi tego 24-godzinnego poniżania pytaniami: „Och, nie dostałaś lizaka-serduszka?”.
Ludzie, czepcie się tramwaja! Nie ma czego zazdrościć tym, co wpadli w sieci. Bo co ich czeka? Mdląca słodycz, gnuśne ciepełko, a na koniec... zidiocenie do szczętu.
Potem magia znika i co widzimy? Że nasza „Źrenica Oka” to zwykły palant, który:
nie opuszcza deski,
popierdziela w rozciągniętych gaciach,
dłubie w nosie i strzela kulkami gdzie popadnie,
(w wersji ekstremalnej) obgryza paznokcie u nóg.
Potęga nieszczęśliwego zakochania
Z kolei zakochanie nieszczęśliwe? O, to ma same zalety!
Kreatywność: Człowiek poruszy niebo i ziemię, by namierzyć obiekt.
Kamuflaż: Pusz-apy, gorsety, tupeciki i tipsy idą w ruch.
Dieta cud: Całkowity zanik apetytu. Najlepszy sposób na wysmuklenie cielesne!
Dlatego, kochani, obiekt uczuć powinien być trudno dostępny. Trzeba chłodno kalkulować, w kim ulokować nieodwzajemnione uczucie, żeby ten ktoś przypadkiem nie wymiękł i nie zniweczył naszego szlachetnego cierpienia.
A jutro? Jutro Dzień Singla. Moi synowie będą świętować. I w sumie... wcale im się nie dziwię
Ostatnio na tapecie
tu grzeliście ławę najczęściej
-
Pierwszy dzień wiosny 2018 roku przywitał mnie o 5:30 ślicznym słoneczkiem. Wesoło wyskoczyłam z łóżka... no, może „wesoło” to za dużo pow...

