"Wtedy dopiero warto brać się za pisanie, jeśli mamy odwagę napisać to, czego nie mielibyśmy odwagi powiedzieć" Emil Cioran.
piątek, 25 maja 2018
Jaki region, taka góra. Bo kto, jak nie ja?
Pierwotnie miałam opisać podróż do i z sanatorium, ale może innym razem, choć wiem, że to będzie musztarda po obiedzie. Kij tam. Mój blog, mój rozkład.
niedziela, 20 maja 2018
Zdublowany Mareczek i odkryty ksiądz.
sobota, 19 maja 2018
Płonące konary zgaszone przez służbistę. Rozgrywki bez przykrywki.
piątek, 18 maja 2018
Sanatoryjne okonie.
piątek, 11 maja 2018
Kto, z kim i dlaczego.' Młodzi" bogowie parkietu.
Na pierwszy ogień pójdzie Doronia, koleżanka moja najbliższa, gdyż śpi tuż obok mnie. Śpi to w nocy, a w dzień "dżemie" Choć mam nieco inne zdanie na ten temat. Bo według mnie, jeśli ktoś chrapie przez większą część filmu, to jednak śpi. Tłumaczę kobiecie, jak krowie przy rowie..
- Połóż się kochanieńka, nakryj kocykiem i się nie męcz w pozycji półleżącej.
Jednak ona twierdzi, że spać w żadnym wypadku nie zamierza, więc i kłaść się nie będzie. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że zdarza jej się nagle zbudzić ze snu, i skomentować kadr z filmu zupełnie od czapy... a zaraz potem znów zasnąć. Powiem wam, że to wogle mnie nie denerwuje, a wręcz przeciwnie. Śmieję się jak głupia i nie mogę się powstrzymać, bo ona ów komentarz, zupełnie nieświadomie, wyraża swoją gwarą.
czwartek, 10 maja 2018
Jak cię widzą, tak cię ocenią.Rogi Ricziego.
Dziś internet szaleje, więc korzystam z okazji i ciągnę temat szeroko pojętej rozrywki sanatoryjnej. Wybaczcie, że rzadziej zaglądam do Was, ale tu się tyle dzieje, że ledwo nadążam z opisywaniem tego cyrku!
Kilka dni temu zawitał do nas kabaret. Śmiech to zdrowie, więc za jedyne 15 złociszy nabyłyśmy z Dorotką bilety, odstroiłyśmy się w najlepsze kiecki i zajęłyśmy miejsca. Tłumów nie było – raptem trzydziestu zapaleńców. Było wesoło, ale głównie za sprawą niejakiego Ryśka vel Ricziego.
Riczi, mąż jednej z kuracjuszek, najwyraźniej cierpiał na zaawansowaną postać ADHD. Nie mógł usiedzieć, darł się, oceniał artystów i widzów (mało konstruktywnie). Jego żona, Grażyna – przez wszystkich zwana Kremówką, bo z Wadowic – próbowała go pacyfikować, ale Riczi tylko bardziej się nakręcał, ograniczony jedynie krzesłami przykręconymi do podłogi.
Potem impreza przeniosła się na parkiet. Miałam ten „zaszczyt”, że Riczi porwał mnie do tańca. No jak ja się namęczyła, to Wy pojęcia nie macie! Gość stosował niesprecyzowane wymachy kończynami. Gdy próbowałam patrzeć na stopy, by przeżyć, on podniósł mi brodę i nakazał: „Patrz mi w oczy!”. O dziwo, to zadziałało – przestałam się plątać w jego nogach, ale ulga, gdy piosenka dobiegła końca, była nie do opisania.
A teraz najlepsze. Kremówka od początku turnusu balowała w ramionach Tadeusza. Romans wisiał w powietrzu tak gęsto, że nie trzeba było okularów, by go dostrzec. Nagle Grażyna ogłasza nam: „Przyjeżdża mąż, poznam go z Tadeuszem”.
Jak powiedziała, tak zrobiła. Siedzieli przy stoliku we trójkę. Słyszałam nawet, jak Riczi pyta żonę: — A to ten Tadeusz, o którym mi tyle opowiadałaś?
Po baletach cała trójka udała się do pokoju „zacieśniać więzy” przy wodzie ognistej. Całe piętro zamarło w oczekiwaniu na mordobicie albo interwencję policji. A tu nic! Riczi wyjechał następnego dnia, obrażając po drodze wszystkich kuracjuszy, a wieczorem...
Kolejna potańcówka: Grażyna wtulona w Tadeusza, na stoliku bukiet czerwonych róż, uściski i pocałunki bez końca. I wiecie co? Nikt nie splunął pod nogi. Nikt nie potępił. Riczi zrobił tak fatalne wrażenie, że całe sanatorium kibicuje Tadeuszowi.
A niech ma dziewczyna! Skoro mąż to taki „eksponat”, to sanatoryjna miłość należy jej się jak psu buda.
środa, 9 maja 2018
W pasiastym klimacie. Ten się śmieje, kto wcześniej przyjdzie.
Od razu, bez wstępu, przechodzę do rzeczy, bo tutaj net raz jest, a pięć razy go nie ma. Rzecz dotyczy balu przebierańców, który odbył się ostatnio w naszym sanatorium. Wiedząc o nim wcześniej, poprosiłam córkę, by przywiozła mi przebranie z domu. Postanowiłam być oryginalna i nie korzystać z wypożyczalni u obrotnego przewodnika.
Zanim jednak nastał wieczór, moja latorośl zapragnęła zwiedzić okolicę. Poleźliśmy więc wszędzie: na punkty widokowe, do wodospadu i do muzeum.
Swoją drogą, muszę wspomnieć o „zdolnościach” tutejszych kuracjuszy. Poprosiłam jednego o fotkę na tle pięknej panoramy. Gość tak „opanował” mój telefon, że zamiast widoków, w galerii znalazłam... trzy portrety jego własnej twarzy. Tak że tego. Zbaraniałam totalnie.
Wróciłam do pokoju wykończona, marząc tylko o wyciągnięciu nóg. Ale zabawa już trwała! Ostatkiem sił wbiłam się w polarowy kombinezon w paski, zawiązałam na głowie dwa węzły imitujące uszy, domalowałam rzęsy, czarny nosek i – jak na zebrę przystało – pogalopowałam na salę.
Wpadam przez drzwi, słyszę gromkie brawa i... staję jak wryta. Na parkiecie widzę:
Cygankę,
Panią Wiosnę,
Kobietę w wianku z mleczów. I to by było na tyle. Cztery przebrania na cały turnus! Co za żenada.
Wycofać się nie było jak, bo w drzwiach stał tłum gapiów. Skoro już zrobiłam z siebie pośmiewisko, postanowiłam iść za ciosem. Podczas prezentacji wypaliłam prosto z mostu: — Uciekłam z ZOO we Wrocławiu! Szukam lwa, który mógłby mnie schrupać, ale widzę tu same osiołki...
Błyskotliwość osiągnęła apogeum, a sala ryczała ze śmiechu. Zebra pokazała pazur (albo raczej kopyto).
Wygrała Pani Wiosna, co wzbudziło ogólne podejrzenie o korupcję w kręgach sędziowskich. Ja zajęłam zaszczytne drugie miejsce. Nagroda? Drink sponsorowany przez dyrekcję i obietnica dyplomu na koniec turnusu. Czad!
Dobra strona tego wszystkiego? Nie muszę się już nikomu przedstawiać. Wszyscy wiedzą, kim jest ta wariatka w pasach.
Zebra rządzi!!!
czwartek, 3 maja 2018
Idź w stronę światła. Przekażcie sobie znak pokoju.
Zanim jednak o Marku, muszę wspomnieć o naszym korytarzu. Do pokoi na pierwszym piętrze prowadzi ciemny tunel, na którego końcu majaczy wyjście awaryjne. Zanim fotokomórka łaskawie zapali światło, idziemy w stronę tego nikłego blasku na oślep. Czujemy się z Doronią, jakbyśmy co i raz zaliczały śmierć kliniczną. Czad!
Marek, nasz sąsiad, wpadł mi w oko już pierwszego dnia, gdy wieszał pranie na wspólnym balkonie. Byłyśmy pewne, że w tej „strefie małżeństw” jest z żoną, ale szybko wyprowadził nas z błędu. Wpadliśmy na siebie w tym naszym korytarzu-tunelu. — O, jak miło spotkać sąsiadkę — zagaił. — Tak sam sobie tu mieszkam i nie mam do kogo zagadać. Marek jestem.
I tak oto zadzierzgnęły się więzi. Przystojniak wpadał do nas często i gęsto, racząc nas opowieściami o swoim życiu. Gadał tyle, że rzadko dopuszczał nas do głosu. Jednak wieczorami znikał niczym kamfora. Pojawiał się dopiero po 22:00, gdy parkiet w kawiarence obok już ostygł.
Nie trzeba było Sherlocka Holmesa, by zorientować się, że nasz Casanova zaprasza do siebie coraz to nowe kuracjuszki. Co najciekawsze – zupełnie bez skrępowania spowiadał nam się ze swoich podbojów. Czułyśmy się z Dorotką jak w konfesjonale. Może chłopina po prostu musiał się wygadać? Albo po prostu pękał z dumy?
Tuż przed wyjazdem Marek przeszedł do konkretów i złożył mi „propozycję nie do odrzucenia” – zaproszenie do swojego pokoju. Oczywiście powiedziałam grzeczne senkju i gudnajt. Marek próbował jeszcze wyłudzić mój numer od Doroni, ale że same jeszcze nie zdążyłyśmy się wymienić namiarami, koleżanka go odprawiła z kwitkiem. Mnie osobiście o numer nie zapytał. Honorowy!
Pożegnaliśmy się zgodnie z bon-tonem i tyle go widziałam. Przynajmniej zostawił po sobie czystą spódniczkę kelnerki, co obiecał załatwić w recepcji. Dobre i to.
Aaaaaaa... już wiem, o czym będzie następny wpis! Notonara.
Ostatnio na tapecie
tu grzeliście ławę najczęściej
-
Pierwszy dzień wiosny 2018 roku przywitał mnie o 5:30 ślicznym słoneczkiem. Wesoło wyskoczyłam z łóżka... no, może „wesoło” to za dużo pow...