„Ku chwale ojczyzny, jeden dzień kobiety, cały rok mężczyzny” – jak mówi fraszka Sztaudyngera. I wiecie co? Nie zamierzam składać życzeń płci brzydkiej z okazji ich niedawnego święta, bo musiałabym to robić przez pozostałe 364 dni w roku. Choć przyznaję, Małżowi powiedziałam „wszystkiego najlepszego”, bo dopominał się jak głupi i nie chciał odłożyć słuchawki.
Jednak nie o nim dzisiaj mowa.
Mój Dzień Kobiet zaczął się o 5:23. Telefon. Patrzę: Młodszy. Myślę: „Oho, chce mamuni złożyć życzenia, zanim na dobre otworzę oczy”. A on? Zamiast wierszyka serwuje mi raport drogowy: „Mamo, uważaj, przede mną pięć aut wylądowało w rowie... taśmowo”. Sam ocalał. Odetchnęłam z ulgą. Pal licho kwiatki – taka troska o świcie jest o wiele ważniejsza.
Na marginesie dodam, że Starszy (zwany „Hubą”, bo jak się przyssie, to drąży) w ogóle nie zadzwonił. A jak się wczoraj dowiedziałam, sam dziesięć minut przed bratem wpadł w poślizg w tym samym miejscu. Na szczęście zapanował nad maszyną. I tak o!
W pracy dostałam trzy żółte różyczki – miło. W drodze powrotnej zajechałam do marketu. Widok mężczyzn z obłędem w oczach, nabywających pęki tulipanów za 5,99, był bezcenny. Pomyślałam sobie, że gdyby nie ten 8 marca, niejedna kobieta w ogóle nie doczekałaby się badyla od swojego partnera.
Sama zakupiłam trzy kremówki. Wiadomo – w Dzień Kobiet kalorie nie mają prawa przykleić się do damskiego ciała. To prawo fizyki. W domu czekały już tulipany od Młodszego i życzenia od Huby (o które musiałam się, rzecz jasna, dopomnieć).
Wieczorem wybrałam się na akademię. Dzieciaki z podstawówki – złoto! Skecze i piosenki naprawdę nas rozbawiły. Potem na scenę wkroczył chór męski. Pieśni Kiepury i Bodo sfałszowali tak wzorowo, że dostały dwa bisy i gromkie brawa.
Na koniec głos zabrał Burmistrz, a potem oddał mikrofon Proboszczowi. Burmistrz ufundował każdej z pań goździka i czekoladę (wiadomo, wybory w listopadzie), ale obecność księdza na typowo babskiej imprezie była co najmniej intrygująca. Jego przemówienia tradycyjnie nikt nie zrozumiał – widocznie w seminarium lekcje retoryki były fakultatywne.
Ale finał? Finał spowodował u mnie natychmiastowe rozprostowanie zwojów mózgowych. Zamiast „Sto lat”, usłyszałyśmy gromkie „Pod Twoją Obronę”. I wiecie co? Wszystkie babeczki wstały i zaczęły się modlić. A zaznaczam: żadna nie miała na sobie moherowego beretu
