Może jeśli podsumuję ubiegłą zimę, to ona w końcu zrozumie aluzję i sobie pójdzie? Choć luty to jeszcze nie czas na pewność – jak mawiali starzy ludzie: „W marcu nawet źródełko potrafi zamarznąć”.
Dziś jednak za oknem jeden stopień na plusie, a to już coś! Sikorki ćwierkają, a koty nie mogą sobie znaleźć miejsca w domu. Choć wszystkie wysterylizowane, to natury przecież się nie wytnie. Obecnie mam ich „tylko” trzy, choć pierwotnie było dwanaście. Los bywa brutalny – kilka zginęło pod kołami aut, a Mini odeszła na moich oczach. Ot, szła, przewróciła się i koniec. Może zawał?
Zresztą, zawały w moim gospodarstwie to niemal tradycja. Pamiętam taką jedną kurę-tłuściochę. Gdy sypałam ziarno w sadku, tak bardzo chciała być pierwsza przy korycie, że dobiegła, wierzgnęła parę razy nogami i wyzionęła ducha. Skończyła w rosole. Sami z mężem nie mamy serca do uśmiercania inwentarza, ale starsza sąsiadka, która akurat zajrzała przez płot, nie miała takich dylematów.
„Taka gruba kura... szkoda, żeby się zmarnowała!” – skwitowała krótko.
I miała rację. Przynajmniej wiedziałam, co jem, w przeciwieństwie do drobiu ze sklepu. Młodzi, którzy wtedy jeszcze z nami mieszkali, na rosół nawet nie spojrzeli. Woleli warzywa z marketu, bo nasze, ekologiczne, były według nich „na bank obszczane przez koty”.
Skoro już o ekologii mowa, to w ubiegłą sobotę mąż znów odpalił wędzarnię. Przerobiliśmy ponad 16 kg mięsa, a kolega dorzucił jeszcze kilka swoich kawałków. Mój „nadworny masarz” dreptał przy ogniu ponad pięć godzin.
Doszło przy tym do ciekawego odkrycia naukowego. Nasze mięso, zapakowane w profesjonalne siateczki, uwędziło się błyskawicznie. Szynki kolegi, tradycyjnie upchnięte w... rajstopy, ani drgnęły. Mąż biegał z termometrem, mierzył, sprawdzał i nic – nasze grube sztuki gotowe, a jego cieniutkie kawałki wciąż surowe. Wykorzystując swoje doświadczenie w temacie „den”, postawiłam trafną diagnozę.
Primo! To musiały być rajtuzy zimowe.
Secundo! Splot był tak gęsty, że nie dopuszczał ciepła do środka.
Właściciel wędzonki nie potrafił nic wyjaśnić, bo za logistykę opakowaniową odpowiadała teściowa. On tylko dowiózł towar.
Wisienką na torcie zimowych wydarzeń jest nowy zakup męża: traktor. Nie żaden lśniący „New Holland”, ale poczciwy ruski „papaj” (tak się u nas mówi na te wynalazki). Mąż argumentował krótko:
„W końcu nie będę musiał czapkować przed sąsiadami, żeby pojechać do własnego lasu po opał”.
Teraz szuka do niego fury. Patrzę na te jego poczynania i zastanawiam się, czy to nie kryzys wieku średniego? Inni faceci kupują sportowe Mustangi, a on zainwestował w rosyjską myśl techniczną. Ale wiecie co? Cieszę się razem z nim. Spełnia chłopak marzenia, a ja ubiłam przy tym świetny interes. Kiedyś postawiłam warunek: zgodzę się na traktor, jeśli on rzuci palenie.
I co? Nie pali! Na dodatek w ramach postu odstawił browar. Jak na jedną osobę, to chyba aż za dużo szczęścia naraz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
"To czy człowiek jest inteligentny poznaje się po jego odpowie-dziach. To czy jest mądry, po pytaniach."- Naguib Mahfouz