Dziś oddycham z ulgą! Wreszcie udało mi się pożyczyć laptopa od pewnego uprzejmego kuracjusza. Tyle się dzieje, a pisanie na tablecie wymaga od groma cierpliwości. Jaką cenę przyjdzie mi zapłacić za to wypożyczenie? Nie pytajcie. Ale kij z tym – dla Was wszystko!
Do obiektu dotarłam koło szóstej rano. Po wręczeniu recepcjonistce przywiezionego z Podlasia sękacza, stał się cud. Dostałam klucz do „dwójki”, która wcześniej była zarezerwowana wyłącznie dla małżeństw. Karma wraca w cukrze i jajkach!
W pokoju zastałam już Dorotkę – koleżankę spod Kielc, która wycwaniła się i przyjechała dzień wcześniej. Dorotka kocha gadać i „goda po ichniemu”. Czuję, że po trzech tygodniach moje śledzikowanie wymiesza się z jej gwarą w taką mieszankę, że sama siebie nie zrozumiem.
Sanatorium leży pięknie na zboczu góry, widoki powalają. Zdążyłam już zaliczyć kawę na tarasie w towarzystwie Wacława i Lecha (nie tracę czasu, wiadomo!), ale to, co zobaczyłam przed gabinetem lekarza, wybiło mnie z rytmu.
W szklanej witrynce, tuż obok recepcji, dumnie prężyła się... choinka. A na gałązkach w wazonie dyndały wielkie, czerwone bombki. Pensjonariusze, zajęci licytowaniem się na choroby i sanatoryjne doświadczenia, zupełnie ich nie dostrzegali. Mój komentarz był krótki: gdyby tu ktokolwiek wycierał kurz choć raz na kwartał, to na tych gałęziach wisiałyby wielkanocne wydmuszki!
Integracja w kolejce trwała dwie godziny, bo lekarz najwyraźniej uznał, że spóźnienie to element terapii. Ciśnienie skoczyło wszystkim dopiero wtedy, gdy doktor zaczął wywoływać „Vipów” (pacjentów komercyjnych) bez kolejki. Gdyby spojrzenia mogły zabijać, komercyjni padliby trupem przed progiem gabinetu.
Na stołówce zasiadłam przy stoliku z dietą (ostatnie sanatorium to +4 kg, więc nie ma żartów). I to był strzał w dziesiątkę! Mój stolik jest najbardziej rozrywkowy na całej zmianie. Obsługuje nas młoda kelnerka – 180 cm wzrostu i zero uśmiechu. Spogląda na nas z taką wyższością, jakby lada chwila miała wylać nam zupę na głowy.
Ale hitem jest jej czarna spódniczka. Z dnia na dzień przybywało na niej białych wykwitów – akurat na wysokości pośladków. Nasza grupa badawcza wysnuła hipotezę: panna po prostu wyciera brudne łapy o własny tyłek. Wacław chciał jej zwrócić uwagę, ale padło larum, że zacznie nam pluć do talerzy. Na szczęście „Komercyjny Marek” (o którym jeszcze napiszę!) obiecał zrobić dym na recepcji przy wyjeździe.
Efekt? Dziś kelnerka paradowała w idealnie czystej czerni. Cała stołówka aż zamarła z niedowierzania. Obstawiamy teraz, jak długo ten stan potrwa. Jak wygram – pochwalę się!
Notonara!

