Wczoraj widziałam bociana stojącego w gnieździe. Zgodnie z moimi przekonaniami, kolejny rok zapowiada się bez większych ekscytacji. Wróżę, iż moim zadaniem będzie po prostu stać i pięknie wyglądać... ha! Grunt to właściwe podejście (co prawda bociek był zmarznięty i skulony, ale ten drobny szczegół pomińmy)
Małż natomiast widział boćka lecącego z patykiem w dziobie. Wnioskuję więc, że będzie przywoził do domu coraz więcej „patyków” (czyt. mamony). Wszak NOWE gniazdo trzeba wyposażyć jak najszybciej, by zdążyć się nim jeszcze nacieszyć przed kolejną zimą.
Postępy na budowie są widoczne, aczkolwiek dość zaskakujące. Ponieważ nowa część łączy się z istniejącym domem, jedyna droga do środka wiedzie przez świeżo wylany strop. Budowlańcy wylali, co mieli wylać, ale kompletnie nie przewidzieli, że rusztowanie może... no, uniemożliwić swobodne wejście do mieszkania. Fakt, w chwili montażu nikogo nie było w domu, więc alibi mają.
W chwili obecnej drzwi wejściowe otwierają się jedynie na szerokość dość wąskiej szpary. Aby się przez nią przecisnąć, trzeba wejść bokiem, maksymalnie wciągając brzuch i cycki.
Od poniedziałku drzewo do kominka wnosimy przez okno, bo przez „drzwi” przechodzi tylko człowiek w wersji slim. Sąsiadka, która wpadła na kawę, musiała odejść z kwitkiem, bo biedaczka w szczelinie się po prostu nie zmieściła. Kiedy delikatnie zwróciłam uwagę majstrowi na tę niedogodność, usłyszałam fachowe: — Kierowniczko, nic się nie da zrobić. Musi być poziom! Trzy tygodnie będzie wiązać, a potem zdejmiemy stemple i będzie git.
Zastanawia mnie tylko jedno: jak w owej szparze zmieści się „piwny mięsień” mojego Małża, gdy już wróci z delegacji? Taaaa... zawsze zostaje mu okno. W końcu prawdziwy mężczyzna żadnej drogi do domu się nie boi!




