środa, 28 marca 2018

Zachowanie poziomu wykluczające wielkanocne obżarstwo.


Wczoraj widziałam bociana stojącego w gnieździe. Zgodnie z moimi przekonaniami, kolejny rok zapowiada się bez większych ekscytacji. Wróżę, iż moim zadaniem będzie po prostu stać i pięknie wyglądać... ha! Grunt to właściwe podejście (co prawda bociek był zmarznięty i skulony, ale ten drobny szczegół pomińmy)

Małż natomiast widział boćka lecącego z patykiem w dziobie. Wnioskuję więc, że będzie przywoził do domu coraz więcej „patyków” (czyt. mamony). Wszak NOWE gniazdo trzeba wyposażyć jak najszybciej, by zdążyć się nim jeszcze nacieszyć przed kolejną zimą.

Postępy na budowie są widoczne, aczkolwiek dość zaskakujące. Ponieważ nowa część łączy się z istniejącym domem, jedyna droga do środka wiedzie przez świeżo wylany strop. Budowlańcy wylali, co mieli wylać, ale kompletnie nie przewidzieli, że rusztowanie może... no, uniemożliwić swobodne wejście do mieszkania. Fakt, w chwili montażu nikogo nie było w domu, więc alibi mają.

W chwili obecnej drzwi wejściowe otwierają się jedynie na szerokość dość wąskiej szpary. Aby się przez nią przecisnąć, trzeba wejść bokiem, maksymalnie wciągając brzuch i cycki.

Od poniedziałku drzewo do kominka wnosimy przez okno, bo przez „drzwi” przechodzi tylko człowiek w wersji slim. Sąsiadka, która wpadła na kawę, musiała odejść z kwitkiem, bo biedaczka w szczelinie się po prostu nie zmieściła. Kiedy delikatnie zwróciłam uwagę majstrowi na tę niedogodność, usłyszałam fachowe: — Kierowniczko, nic się nie da zrobić. Musi być poziom! Trzy tygodnie będzie wiązać, a potem zdejmiemy stemple i będzie git.

Zastanawia mnie tylko jedno: jak w owej szparze zmieści się „piwny mięsień” mojego Małża, gdy już wróci z delegacji? Taaaa... zawsze zostaje mu okno. W końcu prawdziwy mężczyzna żadnej drogi do domu się nie boi!

środa, 21 marca 2018

Niespodziewane odkrycie. Niespodziewane przybycie.


Pierwszy dzień wiosny 2018 roku przywitał mnie o 5:30 ślicznym słoneczkiem. Wesoło wyskoczyłam z łóżka... no, może „wesoło” to za dużo powiedziane, biorąc pod uwagę, że moja czterokilowa kotka Frużelina wykonała precyzyjny desant prosto na mój brzuch. Po takim skoku wnętrzności dostają szoku i chcą się wydostać „natentychmiast”. Dlatego ZAWSZE wyskakuję z pościeli bez ociągania. Czasami nawet nie zdążę wsunąć stóp w bambosze (boszszszsz... jak ja kocham to słowo!).

Po porannej gimnastyce czas na catering. Zawsze zdumiewa mnie technika wylizywania galaretki z mięsnych kawałków – dopiero po tym zabiegu reszta zostaje łaskawie zjedzona. Czy moje „dziewczyny” zostawiają sobie najlepsze na koniec? Kto wie.

Mam wolne środy. Taka „sobota w środku tygodnia” to mega pomysł i wreszcie udało mi się to wynegocjować. Jest tylko jedno „ale”: moje kotełki zupełnie nie mogą się połapać w grafiku. Budzą mnie o tej zajebiście wczesnej godzinie w każdy dzień wolny, święta i niedziele. No cóż, w pewnym wieku szkoda życia na spanie.

Przed szóstą wylazłam wystawić kosz. Wiatr znad rzeki smagnął mnie tak, że musiałam wrócić do hacjendy po pełny rynsztunek: czapkę, rękawiczki, trzewiczki i kurtkę. Wystachałam worki, ignorując protesty mojego układu nośnego, i wyszczerzyłam się do słońca. Zaraz jednak zamknęłam usta, bo mróz natychmiast otulił mi zęby lodową warstewką.

Zamiast do ciepła, polazłam do ogrodu. Dostrzegłam opakowanie po czipsach w żywopłocie. Godzinę spędziłam na drabinie, wyciągając śmiecia z wnętrza trzymetrowego ligustru. Z tej wysokości odkryłam kolejne skarby i ostatecznie uzbierałam cały worek odpadków. Przy takich połaciach terenu nie ma zmiłuj!

O siódmej, gdy już marzyłam o powrocie do domowego ogniska, nagle wyrósł przede mną chłop z łopatą. Przestraszyłam się tak, że gdybym mogła, to bym jajko zniosła! A on do mnie: — A gdzie pulpa? — Co? — spytałam bez kapki bontonu. — No pulpa! Jak mamy budować bez żwiru?

Wtedy nastąpiło olśnienie: Budowlańcy! Przyjechali stawiać ściany na fundamentach wylanych jeszcze w listopadzie. Telefon do Wyjechanego (który też był w szoku), kilka szybkich akcji i żwir wylądował przed jałowcami.

Bilans dnia: W ciągu ośmiu godzin postawili pół domu. Szok. Okazuje się, że wiosną można być zaskoczonym nie tylko przez zimę, ale i przez ekipę budowlaną, która faktycznie bierze się do roboty!











sobota, 10 marca 2018

Diabłu świeczkę, a Bogu ogarek. Wzięte z zaskoczenia.


„Ku chwale ojczyzny, jeden dzień kobiety, cały rok mężczyzny” – jak mówi fraszka Sztaudyngera. I wiecie co? Nie zamierzam składać życzeń płci brzydkiej z okazji ich niedawnego święta, bo musiałabym to robić przez pozostałe 364 dni w roku. Choć przyznaję, Małżowi powiedziałam „wszystkiego najlepszego”, bo dopominał się jak głupi i nie chciał odłożyć słuchawki.

Jednak nie o nim dzisiaj mowa.

Mój Dzień Kobiet zaczął się o 5:23. Telefon. Patrzę: Młodszy. Myślę: „Oho, chce mamuni złożyć życzenia, zanim na dobre otworzę oczy”. A on? Zamiast wierszyka serwuje mi raport drogowy: „Mamo, uważaj, przede mną pięć aut wylądowało w rowie... taśmowo”. Sam ocalał. Odetchnęłam z ulgą. Pal licho kwiatki – taka troska o świcie jest o wiele ważniejsza.

Na marginesie dodam, że Starszy (zwany „Hubą”, bo jak się przyssie, to drąży) w ogóle nie zadzwonił. A jak się wczoraj dowiedziałam, sam dziesięć minut przed bratem wpadł w poślizg w tym samym miejscu. Na szczęście zapanował nad maszyną. I tak o!

W pracy dostałam trzy żółte różyczki – miło. W drodze powrotnej zajechałam do marketu. Widok mężczyzn z obłędem w oczach, nabywających pęki tulipanów za 5,99, był bezcenny. Pomyślałam sobie, że gdyby nie ten 8 marca, niejedna kobieta w ogóle nie doczekałaby się badyla od swojego partnera.

Sama zakupiłam trzy kremówki. Wiadomo – w Dzień Kobiet kalorie nie mają prawa przykleić się do damskiego ciała. To prawo fizyki. W domu czekały już tulipany od Młodszego i życzenia od Huby (o które musiałam się, rzecz jasna, dopomnieć).

Wieczorem wybrałam się na akademię. Dzieciaki z podstawówki – złoto! Skecze i piosenki naprawdę nas rozbawiły. Potem na scenę wkroczył chór męski. Pieśni Kiepury i Bodo sfałszowali tak wzorowo, że dostały dwa bisy i gromkie brawa.

Na koniec głos zabrał Burmistrz, a potem oddał mikrofon Proboszczowi. Burmistrz ufundował każdej z pań goździka i czekoladę (wiadomo, wybory w listopadzie), ale obecność księdza na typowo babskiej imprezie była co najmniej intrygująca. Jego przemówienia tradycyjnie nikt nie zrozumiał – widocznie w seminarium lekcje retoryki były fakultatywne.

Ale finał? Finał spowodował u mnie natychmiastowe rozprostowanie zwojów mózgowych. Zamiast „Sto lat”, usłyszałyśmy gromkie „Pod Twoją Obronę”. I wiecie co? Wszystkie babeczki wstały i zaczęły się modlić. A zaznaczam: żadna nie miała na sobie moherowego beretu


wtorek, 6 marca 2018

Górna półka w zasięgu. Strategiczne odwiedziny u rodziny.

Omamuńciu! Jakiegoż zdziwienia właśnie dziś doświadczyłam, zagłębiając się w blogowe archiwa. Nie uwierzycie, ale dokładnie rok temu, 28 lutego... JUŻ BYŁA WIOSNA. Gdyby ktoś inny mi to wmawiał, to bym go puknęła w czoło. A tu, proszę bardzo – sama to czarno na białym opisałam!

Tymczasem dzisiaj? Co prawda mróz trochę odpuścił, ale wiatr od rzeki wiał tak przeszywająco, że głębiej naciągnęłam czapkę na uszy. Rano było, bagatela, MINUS SZESNAŚCIE! Gdzie ta wiosna, ja się pytam?

Ale nie o mrozie chciałam. Pragnę donieść wszem i wobec, iż pod koniec kwietnia jadę do wód! A co najważniejsze... tadaaaaammmm!... załapałam się na górną półkę. Ha! Widocznie pakuneczek z ciastem dla odpowiednich osób zrobił swoje. Karma (i cukier) wraca!

Owa „górna półka” mieści się jakieś 670 km od mojego grajdołka. Kiedy zaczęłam sprawdzać dojazd, o mało nie spadłam z krzesła. Według rozkładu, zanim stanę na progu owego przybytku, będę w trasie 13 godzin. Trzynaście! W tym czasie mogłabym dolecieć do Panamy – i to bez przesiadek.

PKP zaoferowało mi do wyboru trzy lub pięć zmian przewoźników. Nie powiem, lubię mieć wybór, ale wizja biegania z peronu na peron z wypakowaną po brzegi walizą sprawiła, że wszystko mi opadło. Zaczęłam nerwowo wyginać palce, szukając jakiejś alternatywy. I voilà! Kto szuka, ten znajdzie.

Pojadę do sanatorium... przez Czechy! Plan jest iście szatański:

  1. Odwiedzam czeską rodzinkę, która regularnie nawiedza moją hacjendę, a u której nie byłam jakieś trzydzieści lat.

  2. Spędzam tam miło czas (wymieniając uprzejmości i pewnie coś mocniejszego).

  3. A potem oni... po prostu odwożą mnie pod sam próg sanatorium. Pffff... to tylko 60 km od nich!

Taka kombinacja to ciut nie potrójny axel. Można już klaskać!

piątek, 2 marca 2018

Pan Heniek zimowy hiroł. Co komu pisane...


Doprawdy, staram się zrozumieć tych wszystkich malkontentów, którzy narzekają na obecny atak zimy. Staram się... i staram... i nichuchu nie mogę się wczuć. Mamy zimę, tak? To kiedy te mrozy mają doskwierać, jeśli nie teraz? Zamiast cieszyć się, że w tym roku zima przypomniała sobie o nas chociaż w końcówce lutego, wszyscy tylko jęczą.

No dobra, dzisiaj prawie kolana mi odpadły od tego pizgającego wiatru. Kozaki długie, kożuszek ciepły, ale środek... niezaizolowany. Jutro chyba owinę kolana w onuce albo co i będzie git. Teraz siedzę przy kominku, otulona wełnianym kocem, z kotem na każdym kolanie i da się żyć. A pamiętam zimy z ubiegłego wieku... czasy, gdy byłam młoda i głupia. Za tę głupotę o mało nie zapłaciłam najwyższej ceny. Zamarznąć można ot tak (pstrykam palcami dla efektu). Po prostu zamykasz oczy i szlus. Bryłeczka lodu.

Rok 1987: Misja „Odwiedki”

Zostałam zaproszona z koleżankami na „odwiedki” – wiecie, imprezka po chrzcinach, żeby dojeść resztki. Wylaszczyłam się jak trza. Żadnych barchanów, flaneli czy, nie daj Boże, czapki. Mroźny styczeń, a ja – ikona stylu.

Po imprezie, chwiejnym krokiem, udałam się na przystanek PKS-u. To był ostatni kurs – autobus miał zrobić pętlę w miasteczku i wracać przez moją miejscowość do bazy. Na przystanku spotkałam znajomego, pana Heńka, który wracał z pracy. Żeby nie stać w miejscu, postanowiliśmy ruszyć autobusowi naprzeciw. Byliśmy między przystankami, gdy minął nas oszroniony „ogórek”.

Czekamy na jego powrót. Dziesięć minut, piętnaście, dwadzieścia... Robi się coraz zimniej. Pan Heniek, dżentelmen starej daty, oddaje mi swój szalik, żebym owinęła głowę. Ale co mi po głowie, skoro od pasa w dół nie czuję już absolutnie niczego. Kulę się, żeby osłonić ciało od wiatru. Nagle robi się jakby... cieplej. Zamykam oczy. Przestaję czuć cokolwiek.

Nagle szarpanie: — Wstań! Nie będziemy czekać, idziemy do domu pieszo! — Nie, ja zostanę... — bełkoczę. — Zaraz przyjedzie. Nie dam rady iść. Za zimno.

Pan Heniek nie odpuścił. Podniósł mnie prawie siłą. Nogi miałam jak z waty, ale oparłam się na jego ramieniu i ruszyliśmy. Nie pamiętam, jak przeszliśmy te 5 kilometrów. W domu mama ratowała mnie wszystkimi dostępnymi sposobami (nie pytajcie, czym i jak, ważne, że skutecznie). Skończyło się bez szpitala, ale było o włos.

Najlepsze (albo najgorsze) w tym wszystkim jest to, że tym zamarzniętym „ogórkiem” jechał... mój ówczesny chłopak! Chciał mnie osobiście odtransportować do domu, bo wiadomo – „baba pijana, to...”. Pech chciał, że na pętli autobus zamarzł na kość. Mój luby, niewiele myśląc, wziął taryfę i pojechał do domu, zupełnie zapominając o mojej zamarzającej cnocie na przystanku. Widział pana Heńka stojącego przy drodze, ale mnie – zwiniętej w kłębek – już nie dostrzegł.

Do dziś nie rozumiem, po kiego grzyba mi o tym później opowiedział? 

Chyba tylko po to, żeby mi co roku przypominać, że gdyby nie pan Heniek, to zostałby starym kawalerem!










tu grzeliście ławę najczęściej

Etykiety

sanatorium problemy wycieczka budowa podróż praca zabawa zaskoczenie kolega morze mąż wyjazd Małż auto blog dylematy ksiądz pamięć przygoda rehabilitacja syn tańce wesele wizyta święta życzenia Konstancja altana argumenty blondynki choroba cud dom fachowcy goście imieniny integracja koleżanka kłótnia majster narodziny ogród początek powrót pragnienie propozycja rocznica rodzina siostry spostrzegawczość sprzątanie sylwester szczęście urodziny urzędnik wnuczęta zakupy zguba zima święto żona Nowy Rok Nowy Rok plan przygoda ogień apel awaria wycieczka morze koncert auto awaria holowanie sąsiad auto zakup akademia babcia autobus awans awaria bal bank bociek bunt cel cmentarz dach demencja deszcz działanie egoista film folklor gra gwara góra głos higiena historia impreza informacja. irytacja życie rodzinne spokój jazda kazanie kelnerka kierat kieszonka klucze kobieta kolacja walentynki koledzy koleżanki kolęda komplement komórka kolega podejrzenia kwiaty lekarz lód marzenia masarz masaż matka metoda miłość mróz mądrość ludowa mężczyzna nerwy niespodzianka niewdzięczność nowe miejsce nowy sprzęt odchudzanie święto zaskoczenie mąż odcinki odwyk uzależnienie słodycze ognisko pieszczoty plaża podarki pogoda pogoda operator sms córka poród Anioł pomoc pomyłka porada porządek sukienka pułapka ratunek postanowienie powiedzenia pozytywne postrzeganie świata pozytywne wnioski pośpiech prezent prośby przebranie przedwiośnie przemyślenia przeprosiny przyjazd pytania radość relacja remont rocznica śnieg zaskoczenie tajemnica proboszcz rozmowy rozterki rubikon rysa sanatorium koleżanki sanatorium masażysta pogoda fajfy flirt schemat siostry rodzina relaks blokada spełnienie spowiedź strata synowie szał szwagierka słońce pole truskawki pielenie opalanie. tatuś teleporada zdrowie lekarz zdumienie cud teściowa śmierć rocznica torebka traktor troska tęsknota uraz. wesele goście suknia zabawa wróżba wspomnienia wspomnienia sylwester święta wycieczka morze szaleństwo wyjaśnienie wyobraźnia zakochani zakupy ekologia wesele zdjęcia zdrowie zmiany znajomy zwierzęta zęby złość bezradność zdumienie ściana śmieci śniadanie święta prezenty zaskoczenie radość święta wypieki foremki wzrok komórka zaskoczenie źródła