środa, 31 stycznia 2018

Dialogi na cztery nogi. Kurtyna opadła.




Na wstępie muszę coś wyjaśnić: co poniektórzy (Gabuniu, ajlowju) mają Konstancji za złe, że zbyt szybko zdecydowała się na zdradę. Ale pomyślcie tylko – gdyby czekała dłużej, to by tę rurę gazową położyli i tyle by Węgra widziała! No, ale mniejsza o Konstancję. Dziś będzie o rozdziewiczeniu... Spokojnie! Zero seksu. Chodzi o moją Strzałę, czyli nowy nabytek.

Pierwszą jazdę odbywałam z duszą na ramieniu. Nowy sprzęt, inna czułość – to nie to samo co stara Rakieta. Zajechałam na CPN. Z pomocą pracownika (i po chwili paniki) odnalazłam wajchę od baku. Przy kasie wywiązała się rozmowa: — Za 50? — pyta znajoma kasjerka. — Nie. Za 100! Dziś moja dziewicza jazda, szaleję! — wypalam dumnie. Kasjerka patrzy na mnie jak na kosmitkę: — Jak to nowym? Przecież auto takie samo... — No skąd! Przód ma dłuższy. Ale kolor czerwony, bo biorę przykład z naszego Proboszcza. On zmienia auta, ale kolor zostawia ten sam, żeby się owieczki nie połapały!

Odwracam się, a za mną... tak, zgadliście. — Szczęść Boże, księże Proboszczu! — rzuciłam tylko. Kurtyna.

W Urzędzie Skarbowym starcie z urzędnikiem: — Rodzaj pojazdu? Sedan, hatchback, kombi? — drąży pan zza okienka. Spojrzałam na niego wzrokiem pod tytułem: „Chłopie, nic już ze mnie nie wyciśniesz”, póki nie zapytał po ludzku o liczbę drzwi. To wiedziałam!

Potem Wydział Komunikacji. Kolejka na kilometr i kartka: „Problemy z systemem CEPiK”. System wprowadzono 13 listopada... No pytam się: kto wprowadza nowości TRZYNASTEGO? Przecież nazwa mówi sama za siebie – mam nieodparte wrażenie, że dane do tych komputerów oni tam wprowadzają za pomocą cepa. Kurtyna.

Wracając, głodna jak pies, wpadłam do „Chemii z Niemiec” po oryginalne żelki misiaczki. Przy wyjeździe z parkingu – zgrzyt! Zniosło mnie na lodzie prosto na płotek. Serce w gardle, rysa przez pół boku. Do domu wracałam w grobowej ciszy. Zaparkowałam tak, żeby od wejścia nie było widać szkody.

Noc z koszmarami, pół dnia w stresie... W końcu poszłam sprawdzić straty z butelką Cifa w ręku. I stał się cud! Czarna rysa zmyła się w sekundę. Zostało małe wgniecenie, ale to się jakoś wytłumaczy. Z ulgi zjadłam wszystkie misiaczki na raz. Kurtyna.

środa, 24 stycznia 2018

Prosta droga do niestrawności. Odgrzebane soft porno.


Kochani moi czytacze! Z tego oto miejsca pragnę przeprosić wszystkich zagłębiających się w moich treściach... boszszsz... ależ to brzmi wyniośle! Muszę jednak ogłosić, że nadeszła pora na powtórzenie całego dotychczasowego cyklu o Konstancji.

Powiem tak: kilkakrotnie próbowałam przenieść swoje wpisy z starego bloga na tę witrynę, ale technologia stawiała opór. W desperacji uciekłam na WordPressa z całym dorobkiem, ale moje serce od pierwszego wrażenia pokochało Bloggera. Jest jasny, przejrzysty i taki... rodzimy. I w ogóle!

WordPress to jednak wielki, skomplikowany świat, a ja jestem prostą dziewczyną z Podlasia. Dlatego wracam tutaj. Przenoszę „Przypadki Konstancji”, bo kolejny odcinek już czeka i przebiera nóżkami zniecierpliwiony. A nie mogę przecież zacząć od końca! No bo a nuż widelec wejdzie ktoś zupełnie niezorientowany i co? Nie będzie mógł się połapać, „o co cho”.

Co Was czeka?

Będę dawkować historię Konstancji od samego początku. To idealna okazja, by:

  • Przypomnieć sobie, jak to się wszystko zaczęło.

  • Zrozumieć niuanse, które umknęły w ferworze walki.

  • Przygotować się na wielką premierę NOWEGO odcinka!

Dziękuję za cierpliwość i zapraszam do wspólnego „odkopania” Konstancji. Obiecuję, że warto!. Tak że jadziem panno lalu...

 

 

 

 

 

 

 

wtorek, 23 stycznia 2018

A trzeba było zacząć od Antoniego.

 No, spójrzcie na to, co poniżej i spróbujcie nie załkać. Nosz doprawdy... Jednak nie mam alternatywy – w końcu podtytuł mojego bloga do czegoś zobowiązuje, prawda? To był wstęp, a teraz czas na żenujące rozwinięcie.

Uprzejmie donoszę, iż kolejny dzień mojego życia zaczął się jak zwykle. W drodze do pracy ogarnęła mnie nostalgia – wszak to był ostatni raz, kiedy odpaliłam moją wierną Rakietę. Od jutra będę pomykać nowym, sportowym nabytkiem. Jarałam się jak pochodnia! Wszak czekanie na przyjemność jest często lepsze od samej przyjemności.

Godziny w pracy mijały bez większych ekscytacji. Przed wyjściem, bogatsza o doświadczenia (kilkakrotnie zdarzyło mi się zostawić na biurku portfel, dokumenty lub telefon), przeprowadziłam rutynową kontrolę zawartości torby.

Niedawno zakupiłam granatową torebkę. Wpadła mi w oko, bo miała kieszonkę w dość nietypowym miejscu. Otwór był mało pojemny, ale tego feralnego dnia udało mi się tam upchać kluczyki od Rakiety. Tak przynajmniej myślałam.

Zaglądam do wnętrza – jest portfel, jest telefon, ale kluczyków NICHUCHU. Po trzykrotnym wywaleniu wszystkiego na blat, przypominam sobie o nowej kieszonce. Wkładam tam palce i... pustka. Ciemność. Nic.

— Kurwa... — zadaję sobie pytanie filozoficzne. — Co jest?

W głowie następuje błyskawiczny przegląd wydarzeń. Formułuję śmiałe założenie: torba leżała na szafce, pod szafką stał kosz, klucze musiały wypaść prosto w śmieci! Problem w tym, że kosz był pusty, bo osobiście go opróżniłam. Szlag!

Niewiele myśląc, wybiegam, nurkuję w kontenerze i wyciągam „mój” worek. Wysypuję zawartość na trawę, grzebię w odpadkach, ale kluczy jak nie było, tak nie ma. Wracam z wypiekami na twarzy (i pewnie lekkim aromatem śmieci) i znów przetrzepuję torbę.

— Jak nic, diabeł ogonem nakrył... — mamroczę tekst zasłyszany od mamy.

Pozostała mi ostateczność: prośba o pomoc do św. Antoniego. I patrzcie państwo – pomogło! Co prawda kluczy nadal nie widzę, ale dostrzegam... OSZ SZFAAAKKK!!

Dostrzegam DRUGĄ kieszonkę, umiejscowioną idealnie symetrycznie po DRUGIEJ stronie torby. W ułamku sekundy dociera do mnie prawda stara jak Dolce & Gabbana: spostrzegawczość nie jest moją najmocniejszą stroną. Przynajmniej od dnia zakupu tej nieszczęsnej granatowej torebki.

sobota, 20 stycznia 2018

Księżowskie pendolino.


Dziś Proboszcz odwalił pańszczyznę... znaczy, nawiedził moje progi z tak zwaną kolędą. Już od progu kapłan przeszedł do konkretów, oceniając mój wygląd krótkim: — Uhuuuu... Gospodyni w nowej odsłonie!

Wprawił mnie tym w niemałe zdumienie, bo żadnej odsłony nie było. Wręcz przeciwnie – postawiłam na bezpieczną klasykę: biało-czarna bluzka zapięta na przyzwoitej wysokości i spódnica midi. Może po prostu dawno mnie nie widział w świetle dziennym?

Dalej poszło już z górki: energiczne odśpiewanie „Przybieżeli do Betlejem”, jeszcze energiczniejsza modlitwa i sprawne machnięcie kropidłem. Pomiędzy podpisywaniem pamiątkowych obrazków, a tuż po przyjęciu ode mnie banknotu, ksiądz postanowił zająć się problemem, który mu „zapodałam” – czyli buntem mojego starszego syna.

W kierunku rzeczonego delikwenta, z prędkością serii z kałasznikowa, poleciało trzyminutowe kazanie. Choć z miną „srającego kota” wsłuchiwałam się w słowa gościa, usiłując wyłowić z nich jakikolwiek sens, poległam na całej linii. Jeśli ja nic nie zrozumiałam, to szczerze wątpię, by do syna cokolwiek dotarło, a tym bardziej poruszyło jego sumienie.

Szczęśliwie Gość nie zabawił u nas długo. Jak się okazało, sąsiadka wcześniej nakarmiła go ciastem, więc u mnie poczęstunku raczył odmówić. Nie ukrywam – odetchnęłam z ulgą. Chyba nawet zbyt głośno, ale kij tam! Na do widzenia Proboszcz sypnął dla buntownika czterema cukierkami raczej pośledniejszego gatunku i tyle go widziałam.

Hymmm... pewnie śpieszył się na Teleexpress.

Postanowienie na przyszły rok: Problemy rodzinne chować głęboko. Albo jeszcze głębiej. Po co marnować amunicję z kałasznikowa na coś, co i tak kończy się tylko landrynką?

czwartek, 18 stycznia 2018

Oj szalała, szalała.

Jakaś taka mało ogarnięta jestem. No nie mogę w prosty sposób trafić na swój własny, nowy blog! Włażę „od dupy strony”, klnę pod nosem i usiłuję przenieść wpisy z poprzedniej platformy. WAMAĆ! A zegar tyka... Koniec stycznia tuż za rogiem, a ja nienawidzę robić czegokolwiek pod presją czasu. No nie lubię i już!

Dziś są moje imieniny. Dacie wiarę, że gdyby nie Reniaczek (moja najnajnaj przyjaciółka), która o 6:24 przesłała mi wirtualne życzenia, to bym o nich kompletnie zapomniała? Reszta rodziny milczy jak zaklęta. Nie mam im za złe.

W naszej rodzinie świętuje się głównie imieniny Małża – schyłek lata, zapach grilla, ptaszki, muszki i obowiązkowe disco polo w tle. A w styczniu? Na łonie natury nie poszalejesz. Szaleć to może jedynie orkan Jakiśtam, który właśnie obija się o ścianę wschodnią.

Z innej mańki: zaklepałam nowe auto! Spokojnie, nie z salonu. Odkupiłam od młodziutkiej sąsiadki czerwoną Hondę (ona przesiadła się na szybsze BMW). Od poniedziałku będę szpanować sportowym wózkiem.

Podczas jazdy próbnej miałam co prawda pewne trudności z zajęciem miejsca za kółkiem – niskie to, prawie przy samej ziemi, a mój kręgosłup już nie ten. Ale kij tam! Nauczę się „wślizgiwać” do wnętrza. I tak się zastanawiam... o facecie w pewnym wieku mówi się, że sportowe auto to przedłużenie penisa. A u kobiety? Wszak penisa nie posiadam, więc co ja sobie tym autem przedłużam? Rzęsy? Cierpliwość?

Moja dotychczasowa Rakieta idzie pod młotek. Ale tak po znajomości... radzę nie reflektować! Tuż przed świętami najechałam na wielki kamień pod sklepem (po cholerę on tam leży od lat – nie pytajcie).

Efekt? Wgięty próg i drzwi pasażera, które zamykają się „tak sobie”. Ostatnio o mało nie zgubiłam własnego Taty! Staliśmy na czerwonym, gdy jakiś kierowca podbiegł i krzyknął, że drzwi mi dyndają. Tatuś nieco zbladł, ale uspokoiłam go szybko: — Spokojnie, Tato, przecież byłeś zapięty w pasy, to byś i tak nie wypadł!

I tak to u mnie leci!

środa, 17 stycznia 2018

Kolejne narodziny.

Raz, dwa, trzy... ekhm, ekhm... Próba mikrofonu! Słychać mnie w tej nowej próżni?

Zupełnie nie ogarniam tej witryny. Kolejny raz w mojej wirtualnej przygodzie zostałam zmuszona do przeprowadzki. A miało być tak pięknie... No, może nie AŻ tak, jakbym chciała, bo wiadomo – zawsze może być lepiej. Jednak przez trzy lata umościłam sobie TAM gniazdko siako tako. Okleiłam koniczynkami, poukładałam po swojemu, a teraz? Wszystko ponic!

Dziś kolejny raz zaczynam od nowa i, nie powiem, targają mną mieszane uczucia. Czy doprawdy chcę znów ciągnąć tę przygodę, startując od przysłowiowego zera? Przecież mówi się, że nie przesadza się starych drzew. Niestety Onet, niczym minister Szyszko, postanowił na koniec stycznia wyciąć wszystkie blogi w pień. Bez litości, bez „zmiłuj”.

Tak że tego... no... powstaję jak Feniks z popiołów, by dalej pchać ten mój blogowy wózek. Skoro już tu jestem, to znaczy, że silnik jeszcze dycha, a chęć do gadania (i narzekania na Małża, pogodę czy grawitację) wciąż we mnie drzemie.

Może i miejsce nowe, ale „stara ja” zostaje. Z moimi historiami, z moim „WAWAWUUUUUM” i z moim dystansem do świata, który czasem próbuje nas przygnieść, a my mu na to: „Nie ze mną te numery!”.

No to... jazda!

tu grzeliście ławę najczęściej

Etykiety

sanatorium problemy wycieczka budowa podróż praca zabawa zaskoczenie kolega morze mąż wyjazd Małż auto blog dylematy ksiądz pamięć przygoda rehabilitacja syn tańce wesele wizyta święta życzenia Konstancja altana argumenty blondynki choroba cud dom fachowcy goście imieniny integracja koleżanka kłótnia majster narodziny ogród początek powrót pragnienie propozycja rocznica rodzina siostry spostrzegawczość sprzątanie sylwester szczęście urodziny urzędnik wnuczęta zakupy zguba zima święto żona Nowy Rok Nowy Rok plan przygoda ogień apel awaria wycieczka morze koncert auto awaria holowanie sąsiad auto zakup akademia babcia autobus awans awaria bal bank bociek bunt cel cmentarz dach demencja deszcz działanie egoista film folklor gra gwara góra głos higiena historia impreza informacja. irytacja życie rodzinne spokój jazda kazanie kelnerka kierat kieszonka klucze kobieta kolacja walentynki koledzy koleżanki kolęda komplement komórka kolega podejrzenia kwiaty lekarz lód marzenia masarz masaż matka metoda miłość mróz mądrość ludowa mężczyzna nerwy niespodzianka niewdzięczność nowe miejsce nowy sprzęt odchudzanie święto zaskoczenie mąż odcinki odwyk uzależnienie słodycze ognisko pieszczoty plaża podarki pogoda pogoda operator sms córka poród Anioł pomoc pomyłka porada porządek sukienka pułapka ratunek postanowienie powiedzenia pozytywne postrzeganie świata pozytywne wnioski pośpiech prezent prośby przebranie przedwiośnie przemyślenia przeprosiny przyjazd pytania radość relacja remont rocznica śnieg zaskoczenie tajemnica proboszcz rozmowy rozterki rubikon rysa sanatorium koleżanki sanatorium masażysta pogoda fajfy flirt schemat siostry rodzina relaks blokada spełnienie spowiedź strata synowie szał szwagierka słońce pole truskawki pielenie opalanie. tatuś teleporada zdrowie lekarz zdumienie cud teściowa śmierć rocznica torebka traktor troska tęsknota uraz. wesele goście suknia zabawa wróżba wspomnienia wspomnienia sylwester święta wycieczka morze szaleństwo wyjaśnienie wyobraźnia zakochani zakupy ekologia wesele zdjęcia zdrowie zmiany znajomy zwierzęta zęby złość bezradność zdumienie ściana śmieci śniadanie święta prezenty zaskoczenie radość święta wypieki foremki wzrok komórka zaskoczenie źródła