Wsiąkłam. Do cna. Nigdy bym nie przypuszczała, że tak szybko wpadnę w zakupową spiralę. Na szczęście mam idealne wytłumaczenie: po pierwsze, jestem tego w pełni świadoma, a po drugie – robię przecież coś dobrego dla naszej planety! Grunt to mieć solidną ideologię do własnego zakupoholizmu.
Zaczęło się niewinnie. Przede mną wielki dzień – żenię młodszego syna. Wiedziałam tylko jedno: nie założę czerwieni, bo taką miałam na ślubie córki. I tyle. Fason, kolor, dodatki? Ciemna magia.
Nagle dowiaduję się, że przyszła synowa kupiła już swojej mamie sukienkę na Vinted. Kolor: butelkowa zieleń. No i proszę, wybór mi się zawęził, co przyjęłam z ulgą godną pragmatyczki. Postanowiłam sama zgłębić rejony tej magicznej aplikacji. Założyłam konto i... świat zewnętrzny przestał istnieć. Każda wolna chwila to teraz „scrollowanie”. Najpierw wpadła skórzana torba – miała być turkusowa, przyszła granatowa. Machnęłam ręką, bo idealnie pasowała do butów, które nabyłam pięć minut wcześniej.
W końcu stało się – zakochałam się od pierwszego wejrzenia w TEJ sukience. Sprzedająca chciała transakcji przez OLX, przysłała link. Kliknęłam, Blik poszedł, gotowe. Minutę później telefon. Pani przeprasza, coś namieszała z paczkomatem, musi anulować i prosi, bym weszła w drugi link i tam zapłaciła jeszcze raz.
I wiecie co? Choć jestem blondynką, w mojej głowie momentalnie zapalił się wielki, czerwony napis: FALSE! Odłożyłam telefon, grzecznie obiecując, że zaraz to zrobię. Oczywiście nie zrobiłam nic. Intuicja uratowała moje konto przed czystką.
Mimo tej przygody, moja pula zaskórniaków stopniała niczym śnieg na wiosnę. Co ja tam już mam? Dwie kiecki na wesele, naszyjnik, kolczyki, pasek, buty, torebkę, płaszczyk (w czerwcu różnie bywa) i... „gety” do włosów (takie diamenciki na druciku, gdyby ktoś nie wiedział). Za całość zapłaciłam pewnie mniej niż za jedną nową sukienkę w salonie.
Jest jednak łyżka dziekciu w tym morzu słodyczy. Muszę schudnąć. MUSZĘ! Nie ma zmiłuj, bo w tej „głównej” kiecce cycki mi się nie mieszczą. Zamek staje dębowy i ani drgnie. Także tego... Planeta znów będzie ze mnie zadowolona, bo mój konsumpcjonizm od dziś ogranicza się do sałaty i herbaty.
Już omdlewam z rozkoszy na myśl o tym, co zobaczę w lustrze 11 czerwca!