Zanim jednak o Marku, muszę wspomnieć o naszym korytarzu. Do pokoi na pierwszym piętrze prowadzi ciemny tunel, na którego końcu majaczy wyjście awaryjne. Zanim fotokomórka łaskawie zapali światło, idziemy w stronę tego nikłego blasku na oślep. Czujemy się z Doronią, jakbyśmy co i raz zaliczały śmierć kliniczną. Czad!
Marek, nasz sąsiad, wpadł mi w oko już pierwszego dnia, gdy wieszał pranie na wspólnym balkonie. Byłyśmy pewne, że w tej „strefie małżeństw” jest z żoną, ale szybko wyprowadził nas z błędu. Wpadliśmy na siebie w tym naszym korytarzu-tunelu. — O, jak miło spotkać sąsiadkę — zagaił. — Tak sam sobie tu mieszkam i nie mam do kogo zagadać. Marek jestem.
I tak oto zadzierzgnęły się więzi. Przystojniak wpadał do nas często i gęsto, racząc nas opowieściami o swoim życiu. Gadał tyle, że rzadko dopuszczał nas do głosu. Jednak wieczorami znikał niczym kamfora. Pojawiał się dopiero po 22:00, gdy parkiet w kawiarence obok już ostygł.
Nie trzeba było Sherlocka Holmesa, by zorientować się, że nasz Casanova zaprasza do siebie coraz to nowe kuracjuszki. Co najciekawsze – zupełnie bez skrępowania spowiadał nam się ze swoich podbojów. Czułyśmy się z Dorotką jak w konfesjonale. Może chłopina po prostu musiał się wygadać? Albo po prostu pękał z dumy?
Tuż przed wyjazdem Marek przeszedł do konkretów i złożył mi „propozycję nie do odrzucenia” – zaproszenie do swojego pokoju. Oczywiście powiedziałam grzeczne senkju i gudnajt. Marek próbował jeszcze wyłudzić mój numer od Doroni, ale że same jeszcze nie zdążyłyśmy się wymienić namiarami, koleżanka go odprawiła z kwitkiem. Mnie osobiście o numer nie zapytał. Honorowy!
Pożegnaliśmy się zgodnie z bon-tonem i tyle go widziałam. Przynajmniej zostawił po sobie czystą spódniczkę kelnerki, co obiecał załatwić w recepcji. Dobre i to.
Aaaaaaa... już wiem, o czym będzie następny wpis! Notonara.
Bardzo podejrzane indywiduum z tego Mareczka ;-)
OdpowiedzUsuńJak znam życie, to pewnie więcej gada, niż działa, ale te eskapady...
Jotka, też jestem tego zdania, wszak krowa która dużo mruczy, mało mleka daje.
UsuńNo no Mareczek jak nie przymierzając Wloch co to musi złożyć damie wiadoma propozycję zeby nie poczuła się urazona i niedowartosciowana. Tylko dlaczego tak późno? Czyżby wisienka na zjedzonym torcie? Buziakiu
OdpowiedzUsuńLuciu, wyglądał jak Włoch, więc może jakieś korzenie południowe w nim były :) Serdeczności :)
UsuńHyhyhyhyhy i powiem szczerze, że nie wiem czy brakuje mi sanatorium, czy nie. To jest jeszcze bardziej "odrealnione" niż Woodstock :D Ale Tobie udanego wypoczynku.
OdpowiedzUsuńLinka, wypoczynek jak na razie bardzo udany. Wyhodowałam sobie paznokcie, co w klimatach domowych od lat mi się nie udawało. No i wszystkie odciski poodpadały ;)
UsuńNie wiem, czy pisać, że Markowi tak mają...Bo znam bardzo dobrze pewnego Marka...Męża mego ;)))
OdpowiedzUsuńEeeee... nie sądzę kochana. Twój na bank jest przeciwieństwem tego sanatoryjnego.
Usuń"Interesujący" facet. Może pojawi sie nastepny Marek? ;) .
OdpowiedzUsuńTereso, jak tak człowiek posłucha podczas zabiegów, to takich Mareczków jest od zatrzęsienia. Jednakże osobiście nie trafiłam na takiego.
UsuńNie znam sanatoriów z autopsji, ale opowieści o panach Mareczkach wiele się nasłuchałem. Można powiedzieć, że to gatunek rodzimy sanatoryjny, taki Markus Sanatoriense :-)
OdpowiedzUsuńHegemonie, historie o Markusach nie są wyssane z palca. No, może troszkę podkoloryzowane na potrzeby chwili :)
Usuńkiedyś na takich "mareczków" mówiło się gawędziarz-erotoman(?)
OdpowiedzUsuńMaakrelo, bardzo trafna nazwa :) Pozwolę sobie ją zacytować, w razie wu.
Usuń