Doprawdy, staram się zrozumieć tych wszystkich malkontentów, którzy narzekają na obecny atak zimy. Staram się... i staram... i nichuchu nie mogę się wczuć. Mamy zimę, tak? To kiedy te mrozy mają doskwierać, jeśli nie teraz? Zamiast cieszyć się, że w tym roku zima przypomniała sobie o nas chociaż w końcówce lutego, wszyscy tylko jęczą.
No dobra, dzisiaj prawie kolana mi odpadły od tego pizgającego wiatru. Kozaki długie, kożuszek ciepły, ale środek... niezaizolowany. Jutro chyba owinę kolana w onuce albo co i będzie git. Teraz siedzę przy kominku, otulona wełnianym kocem, z kotem na każdym kolanie i da się żyć. A pamiętam zimy z ubiegłego wieku... czasy, gdy byłam młoda i głupia. Za tę głupotę o mało nie zapłaciłam najwyższej ceny. Zamarznąć można ot tak (pstrykam palcami dla efektu). Po prostu zamykasz oczy i szlus. Bryłeczka lodu.
Rok 1987: Misja „Odwiedki”
Zostałam zaproszona z koleżankami na „odwiedki” – wiecie, imprezka po chrzcinach, żeby dojeść resztki. Wylaszczyłam się jak trza. Żadnych barchanów, flaneli czy, nie daj Boże, czapki. Mroźny styczeń, a ja – ikona stylu.
Po imprezie, chwiejnym krokiem, udałam się na przystanek PKS-u. To był ostatni kurs – autobus miał zrobić pętlę w miasteczku i wracać przez moją miejscowość do bazy. Na przystanku spotkałam znajomego, pana Heńka, który wracał z pracy. Żeby nie stać w miejscu, postanowiliśmy ruszyć autobusowi naprzeciw. Byliśmy między przystankami, gdy minął nas oszroniony „ogórek”.
Czekamy na jego powrót. Dziesięć minut, piętnaście, dwadzieścia... Robi się coraz zimniej. Pan Heniek, dżentelmen starej daty, oddaje mi swój szalik, żebym owinęła głowę. Ale co mi po głowie, skoro od pasa w dół nie czuję już absolutnie niczego. Kulę się, żeby osłonić ciało od wiatru. Nagle robi się jakby... cieplej. Zamykam oczy. Przestaję czuć cokolwiek.
Nagle szarpanie: — Wstań! Nie będziemy czekać, idziemy do domu pieszo! — Nie, ja zostanę... — bełkoczę. — Zaraz przyjedzie. Nie dam rady iść. Za zimno.
Pan Heniek nie odpuścił. Podniósł mnie prawie siłą. Nogi miałam jak z waty, ale oparłam się na jego ramieniu i ruszyliśmy. Nie pamiętam, jak przeszliśmy te 5 kilometrów. W domu mama ratowała mnie wszystkimi dostępnymi sposobami (nie pytajcie, czym i jak, ważne, że skutecznie). Skończyło się bez szpitala, ale było o włos.
Najlepsze (albo najgorsze) w tym wszystkim jest to, że tym zamarzniętym „ogórkiem” jechał... mój ówczesny chłopak! Chciał mnie osobiście odtransportować do domu, bo wiadomo – „baba pijana, to...”. Pech chciał, że na pętli autobus zamarzł na kość. Mój luby, niewiele myśląc, wziął taryfę i pojechał do domu, zupełnie zapominając o mojej zamarzającej cnocie na przystanku. Widział pana Heńka stojącego przy drodze, ale mnie – zwiniętej w kłębek – już nie dostrzegł.
Do dziś nie rozumiem, po kiego grzyba mi o tym później opowiedział?
Chyba tylko po to, żeby mi co roku przypominać, że gdyby nie pan Heniek, to zostałby starym kawalerem!

No co się dziwisz, zima to w styczniu powinna być, a nie w marcu!
OdpowiedzUsuńJak byłam młoda, to mi mrozy nie przeszkadzały. Widziałaś jak się nastolatki ubierają, nawet kurtki rozpięte mają i bez szalików...
ja mam odmrożony nos, bo wielki i najszybciej marznie...
Jotko, nastoletnie gołe kolana, w porwanych spodniach... brrrrrr... albo gołe kostki. Moda modą, ale gdzie rozsądek, ja się pytam? Z tamtej przygody mam odmrożony JEDYNIE mały paluszek u prawej nogi :)
UsuńNazwa odwietki - pierwsze słyszę.
OdpowiedzUsuńTo sen, czy prawda? ;) .
Tereso, odwiedki pochodna od odwiedzin.. tak myślę :) Tym razem to prawda, gdyż iż bohaterką jestem ja, a nie Konstancja wyssana z palca :D
UsuńTo dlaczego nie wyszłaś za pana Heńka?
OdpowiedzUsuńPan Heniek był w wieku mojego ojca i miał rodzinę.
UsuńNoo, Cons, patrząc z perspektywy czasu, to bym się zaśmiała ha ha ha :) ale, gdy tak sobie realnie pomyślę, to ciary mnie przechodzą, bo można by rzec (bez obrazy), że miałaś więcej szczęścia niż rozumu. Myślę, że pan Heniek to był takim Twoim aniołem stróżem, bo aż strach pomyśleć co by było gdyby ....
OdpowiedzUsuńLudzie są ostatnio przyzwyczajeni do wyższych temperatur, dlatego coraz gorzej znoszą te niskie. Ja to tęsknię do tych czasów kiedy byłam dzieckiem i wtedy faktycznie wszystkie pory roku były na swoim miejscu. Teraz mamy w zasadzie dwie, zimę i lato, bo z kożucha wskakujemy w bikini, a z bikini w kożuch, mam takie przejściowe kurtki, sweterki i tak naprawdę nie pamiętam kiedy je zakładałam.
Gabuniu, siedząc przy kominku, też się z tego śmieję. Pan Heniek niestety już nie żyje, zmarł na zawał serca. Oczywiście nie zaraz po naszej nocnej wędrówce, tylko kilka lat potem. Co do pór roku, to masz rację, tylko zastanawia mnie,co będą z sentymentem wspominać przyszłe pokolenia.
UsuńHej to ja Lucia. Jakoś udalo mi się wejść przy pomocy telefonu. Historia z moralem ale nie będę moralizować. *
OdpowiedzUsuńLuciu, uparciuch z Ciebie :) Widocznie masz włączoną jakąś blokadę na swoim kompie. Buziaki :*.
UsuńChoć nie byłam wcale już taką małolatą, pewnego dnia odmroziłam sobie stopy. I to dzięki znajomym, którzy uparli się, żeby czekać na autobus w czasie dojazdu na salę, gdzie miała odbyć się zabawa sylwestrowa. Można było wziąć taksówkę, tym bardziej, że mąż koleżanki był...taksówkarzem, więc miał znajomych, którzy przydaliby się tego wieczoru. Nie, znajomi uparli się, że dojedziemy autobusem. Dlatego do upadłego czekaliśmy na ten autobus, który wiadomo, że jeździ jak chce wtedy, kiedy jest przełom roku.
OdpowiedzUsuńGdy dotarliśmy na salę, chciało mi się wyć z bólu. Myślę, że tak właśnie czują się ludzie, którzy zamarzają w górach...
Byle do wiosny ;)
Współczuję bólu, bo co prawda ja odmroziłam sobie jedynie mały palec, ale bolał mnie dość długo,aż wreszcie okłady z gęsiego smalcu pomogły.
Usuń