sobota, 28 lutego 2026

Od kurzych zawałów, po rosyjskie traktory. Tajemnica rajstop teściowej.

Może jeśli podsumuję ubiegłą zimę, to ona w końcu zrozumie aluzję i sobie pójdzie? Choć luty to jeszcze nie czas na pewność – jak mawiali starzy ludzie: „W marcu nawet źródełko potrafi zamarznąć”.

Dziś jednak za oknem jeden stopień na plusie, a to już coś! Sikorki ćwierkają, a koty nie mogą sobie znaleźć miejsca w domu. Choć wszystkie wysterylizowane, to natury przecież się nie wytnie. Obecnie mam ich „tylko” trzy, choć pierwotnie było dwanaście. Los bywa brutalny – kilka zginęło pod kołami aut, a Mini odeszła na moich oczach. Ot, szła, przewróciła się i koniec. Może zawał?

Zresztą, zawały w moim gospodarstwie to niemal tradycja. Pamiętam taką jedną kurę-tłuściochę. Gdy sypałam ziarno w sadku, tak bardzo chciała być pierwsza przy korycie, że dobiegła, wierzgnęła parę razy nogami i wyzionęła ducha. Skończyła w rosole. Sami z mężem nie mamy serca do uśmiercania inwentarza, ale starsza sąsiadka, która akurat zajrzała przez płot, nie miała takich dylematów.

„Taka gruba kura... szkoda, żeby się zmarnowała!” – skwitowała krótko.

I miała rację. Przynajmniej wiedziałam, co jem, w przeciwieństwie do drobiu ze sklepu. Młodzi, którzy wtedy jeszcze z nami mieszkali, na rosół nawet nie spojrzeli. Woleli warzywa z marketu, bo nasze, ekologiczne, były według nich „na bank obszczane przez koty”.

Skoro już o ekologii mowa, to w ubiegłą sobotę mąż znów odpalił wędzarnię. Przerobiliśmy ponad 16 kg mięsa, a kolega dorzucił jeszcze kilka swoich kawałków. Mój „nadworny masarz” dreptał przy ogniu ponad pięć godzin.

Doszło przy tym do ciekawego odkrycia naukowego. Nasze mięso, zapakowane w profesjonalne siateczki, uwędziło się błyskawicznie. Szynki kolegi, tradycyjnie upchnięte w... rajstopy, ani drgnęły. Mąż biegał z termometrem, mierzył, sprawdzał i nic – nasze grube sztuki gotowe, a jego cieniutkie kawałki wciąż surowe. Wykorzystując swoje doświadczenie w temacie „den”, postawiłam trafną diagnozę.

Primo! To musiały być rajtuzy zimowe.

Secundo! Splot był tak gęsty, że nie dopuszczał ciepła do środka.

Właściciel wędzonki nie potrafił nic wyjaśnić, bo za logistykę opakowaniową odpowiadała teściowa. On tylko dowiózł towar.

Wisienką na torcie zimowych wydarzeń jest nowy zakup męża: traktor. Nie żaden lśniący „New Holland”, ale poczciwy ruski „papaj” (tak się u nas mówi na te wynalazki). Mąż argumentował krótko:

„W końcu nie będę musiał czapkować przed sąsiadami, żeby pojechać do własnego lasu po opał”.

Teraz szuka do niego fury. Patrzę na te jego poczynania i zastanawiam się, czy to nie kryzys wieku średniego? Inni faceci kupują sportowe Mustangi, a on zainwestował w rosyjską myśl techniczną. Ale wiecie co? Cieszę się razem z nim. Spełnia chłopak marzenia, a ja ubiłam przy tym świetny interes. Kiedyś postawiłam warunek: zgodzę się na traktor, jeśli on rzuci palenie.

I co? Nie pali! Na dodatek w ramach postu odstawił browar. Jak na jedną osobę, to chyba aż za dużo szczęścia naraz.

niedziela, 1 lutego 2026

Wolnoć Tomku w swoim domku. Oby do wiosny.

Ostatnie mrozy zmusiły mnie do wytoczenia ciężkiej artylerii z poddasza. Wyciągnęłam kożuch rodem z PRL-u. Prawdziwy zabytek – kupiłam go jeszcze jako panna, a ostatni raz miałam na sobie w ubiegłym wieku, będąc w ciąży z córką. Tyle lat czekał na swój wielki powrót i w końcu się doczekał! Moda na kożuchy wróciła w samą porę, bo przy -20°C był jedynym ratunkiem podczas mszy w naszym wychłodzonym kościele.

Kulig pod wysokim napięciem

W ubiegłym tygodniu, ulegając namowom koleżanki z ADHD, daliśmy się wciągnąć w kulig. Mróz może i nieco odpuścił, ale wiatr nadrabiał za dwóch. Wypizgało nas do gołej kości. Przez trzy godziny dzielnie trwałam przy ognisku, stosując technikę „na okrętkę”: najpierw smażyłam przód, a potem szybki obrót o 180 stopni, żeby ratować tyły przed odmrożeniem.

Specjały z ogniska – kiełbaski, bigos i grochówka – wymagały tempa godnego mistrzów świata. Jeśli nie zjadłeś w minutę, danie zamarzało w plastikowej miseczce w oka mgnieniu. Mąż, jako strateg, postawił na rozgrzewanie wewnętrzne lokalnym trunkiem wysokoprocentowym.

Retrospekcja: Wigilia pod znakiem wędzarni

Wróćmy jednak do końcówki roku. 24 grudnia termometr pokazał -13°C. Zanim wyjechałam z domu, musiałam stoczyć walkę z lodem na szybie. Na pasterkę o 22:00 pojechałam sama, bo moją drugą połowę dopadły dreszcze i ogólne rozbicie.

Nic dziwnego – dzień wcześniej Małż dokonał czynu heroicznego. Wędził kiełbasę we własnoręcznie postawionej wędzarni! Tak, po altanie przyszedł czas na architekturę mięsną. Z pomocą sąsiada (który w temacie ma nieco większe pojęcie) stworzył wyrób prima sort. Potem, jak to on, obdarował nią pół rodziny i wszystkich sąsiadów. Umie się chwalić, ale trzeba mu oddać – skąpy nie jest.

Błogi chillout i rodzinne roszady

Dla mnie te Święta były definicją spokoju. Po latach „skakania” nad całą familią, wreszcie przeżyłam je tak, jak lubię – bez spiny. Mąż co prawda trochę marudził, że „mamy trójkę dzieci, a tacy samotni”, bo nie miał z kim pić, ale przecież Wigilia była u nas!

  • Starszy syn z rodziną spóźnił się tylko pół godziny (sukces!).

  • Synowa wsparła stół pierogami i kapustą.

  • Resztę przygotowałam sama, korzystając z faktu, że 24 grudnia był już ustawowo wolny.

Z młodszym synem i synową opłatkiem podzieliliśmy się kilka dni wcześniej. Małż wprawdzie życzenia złożył, ale wciąż pamięta te parę słów za dużo, które padły z jej ust przed ich wyprowadzką. No cóż, natura nie wybiera, a pamięć bywa długa.

Nowy Rok, nowa ja

Sylwester zaskoczył nas syberyjskim mrozem (-20°C) i śnieżycą, ale nie daliśmy się pogodzie. Bawiliśmy się w kameralnym gronie w „wypasionej” zagrodzie nieopodal. Choć bilety tanie nie były, inicjatywa wyszła od Małża, więc nie oponowałam. Wróciliśmy o 4 nad ranem, a cały Nowy Rok spędziliśmy w piżamach. To jest właśnie luksus życia z tylko trzema kotami!

A na koniec „news” z ostatniej chwili: od marca zmieniam stanowisko na lżejsze! Godziny będą ludzkie, praca przyjemniejsza... Jaram się tym jak czarownica na stosie!





niedziela, 14 września 2025

Leśniczówka w środku miasta. Goście wyprowadzeni, zaproszeni i nieproszeni.

Treść wiadomości Gemini

Altana, czyli portal do innego świata

Wszystko się wyjaśniło! Znam już odpowiedź na sceptyczne pytanie syna:

„Po co nam TA altana, skoro i tak nikt do nas nie przychodzi?”

Otóż, drogi synu, nikt nie przychodził, bo... nie mieliśmy altany! Gdy tylko budowla stanęła, przez wakacyjne weekendy nasz ogród zamienił się w lokalne centrum kultury i rozrywki.

Weekend pierwszy: Chrzest bojowy

Zaczęliśmy od sąsiadów. Choć mieszkamy po przeciwnych stronach ulicy, sąsiadkę widuję rzadziej niż zaćmienie słońca. Sąsiad wpadał częściej, zwabiony ciekawością, by podpatrzeć postępy „domorosłego stolarza”. Zaproszenie na wielki finał (no, prawie finał, bo zawsze zostaje coś do dopieszczenia) przyjęli z entuzjazmem.

Przetestowaliśmy wszystko: gazowy grill, aromatyczne mięsiwa i mega wygodny „bujaczek” (fotel na metalowym pałąku). Głośna muzyka i zapachy zwabiły nawet przechodzącego obok Kazia – majstra, który kiedyś odnawiał nasz dom. Były tańce, karaoke i totalne wygłupy. Na koniec sąsiad stwierdził, że gdyby nie wiedział, że jestem abstynentką, przysiągłby, że jestem pod wpływem. Cóż, po latach bez alkoholu człowiek potrafi się bawić na czystym endorfinowym haju!

Weekend drugi i trzeci: Inwazja gości

W kolejny weekend Małż obchodził imieniny (przyspieszone o dwa tygodnie, bo czemu nie?). Znów tańce, hulanki i swawola do późnej nocy. Tydzień później odwiedziła nas koleżanka z pracy z mężem, synem, synową i wnukiem. Przygotowałam jedzenia dla pułku wojska, a altana zrobiła taką furorę, że synowa koleżanki natychmiast zapragnęła mieć identyczną u siebie. Wieczór uświetnił jeż, który przytuptał z krzaków, skuszony kocią karmą.

Weekend czwarty: Spotkanie trzeciego stopnia

W czwarty weekend postawiliśmy na odpoczynek we dwoje. Po całym dniu pracy przy „hacjendzie” w 40-stopniowym upale, wieczorem wreszcie zasiedliśmy w altanie. Pełne oświetlenie, playlista z czasów młodości i – mówiąc kolokwialnie – „darcie ryja” do znanych przebojów.

Bawiliśmy się przednio, aż tu nagle, około północy, do środka wszedł lis. I to nie jakiś mały lisek, ale wypasione lisiśko! Zapamiętałam tylko jego zdziwione ślepia i grubą kitę z białym końcem, którą machnął mi przed nosem, gdy tylko usłyszał mój krzyk. Małż nic nie widział, bo siedział tyłem, ale po moim ataku paniki impreza została natychmiast rozwiązana. Następnego dnia rano, jak gdyby nigdy nic, obok naszych kotów przekicał zając. Koty nawet nie drgnęły – może są w jakiejś zmowie?

Wolność, czyli powrót do „czasów przed lokatorami”

Patrząc na te wakacje, jestem pewna jednego: nie byłoby tak wesoło, gdyby syn z rodziną wciąż u nas mieszkał. Wiecie, jak to jest: „cisza nocna, bo wnusio śpi” i inne takie... ograniczenia.

Młodzi wyprowadzili się na początku lipca. Po dwóch i pół roku uznali, że wolą płacić grube pieniądze za stancję, niż pomagać nam w pracach przydomowych. Ich wybór. Ja natomiast na własnej skórze poczułam, że choć czasem nie docenia się tego, co się ma, to ja odzyskałam coś bezcennego – moją przestrzeń i spokój.




niedziela, 1 czerwca 2025

Dyżurne kalesony. Altana okupiona siwizną.

Ani się obejrzałam, a minęło pół roku. Ten czas upłynął mi pod znakiem totalnych zaskoczeń. Weźmy pierwsze z brzegu: Wielki Piątek. Było tak gorąco, że nagle zostałam z szafą pełną grubych swetrów, które dopiero co przytachałam z poddasza.

Nie było rady – kolejna wycieczka na górę. Zniosłam ciuchy letnie, a w Poniedziałek Wielkanocny uroczyście „rozdziewiczyłam” leżak kupiony jeszcze w zeszłym sezonie. Wyłożyłam swe blade ciało do słońca i trwałam w błogostanie, mimo że od ziemi ciągnęło jeszcze arktycznym chłodem.

Sielanka nie trwała długo. Święta minęły, wrócił ziąb. Mój Małż, który nieustannie walczył na dachu budowanej altany, po kwadransie zbiegł na dół z kategorycznym żądaniem wydania kalesonów.

Niestety, kalesony padły ofiarą mojej wiosennej reorganizacji. Gdzie były? Oczywiście: NA PODDASZU.

Pewnie spytacie, po co ja tak kursuję z tymi tobołami góra-dół? Otóż, gdy syn z żoną wprowadzili się do nas (bo stancja przecież kosztuje), w porywie wielkoduszności oddałam im swoją garderobę. Dziś, po dwóch latach, wiem już jedno: dobrymi chęciami to jest piekło wybrukowane. Szafy brak, a logistyka odzieżowa przypomina wyprawę na Broad Peak.

Zziębnięty Małż, słysząc, że jego ulubiona część garderoby spoczywa gdzieś w czeluściach kartonów, skwitował krótko:

– Powinnaś jednak zostawić jakieś dyżurne kalesony w szafie.

Trudno mu odmówić racji. Z braku laku kazałam mu włożyć dwie pary dresów. Wyszedł do pracy niepocieszony – bo umówmy się, dres to jednak nie to samo co kalesony.

Triumf stolarstwa vs. „Tumiwisizm”

Ale teraz najważniejsze... Tadam! Tydzień temu budowa została ukończona! To nie jest zwykła szopa, to jest ALTANA przez wielkie „AL”. Siedem metrów na trzy! Jestem z mojego Małża niesamowicie dumna. Nie miałam pojęcia, że drzemie w nim taki talent stolarski.

Niestety, ta piękna budowla stanęła kością w gardle naszemu synowi. Pominę już fakt, że przy budowie nie pomógł nawet palcem, co Małż okupił nagłym pojawieniem się siwizny na skroniach. Ten ostentacyjny „tumiwisizm” był trudny do przełknięcia, ale syn postanowił dobić nas komentarzem:

– Władowaliście w nią tyle kasy i po co? Skoro i tak nikt do was nie przychodzi?

Tym stwierdzeniem przegiął pałę dokumentnie. Najwyraźniej według niego te pieniądze miałyby znacznie lepsze zastosowanie, gdyby wylądowały w jego portfelu. On by już wiedział, jak je „sensownie” zagospodarować.

Cóż, altana stoi, jest piękna i nasza. A syn? Cóż, może kiedyś dorośnie do własnych kalesonów.








czwartek, 10 kwietnia 2025

Rzeczywistość małomiasteczkowa. Odchudzający szczękościsk.

"Kwiecień plecień...” – to ludowe przysłowie sprawdza się w tym roku co do joty. W piątek mieliśmy prawie 18 stopni i młodzież pomykającą w krótkich rękawach, a w sobotę... sypnął śnieg. Jak dobrze, że tym razem nie pośpieszyłam się z eksmisją zimowych butów na poddasze! Do kościoła dumnie wkroczyłam w kozakach, a i tak zmarzłam na kość.

Mimo arktycznej aury, sobota stała pod znakiem pierwszych urodzin mojego trzeciego wnuczka. Były balony, serpentyny i oczywiście tort. Synowa się postarała – brakowało tylko piniaty, ale czuję w kościach, że przy następnej okazji na bank się pojawi. Goście konsumowali mięsiwa i napoje wyskokowe, a za oknem, jak w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, leniwie sypał śnieg

Ziąb doprawił mnie ostatecznie – dorobiłam się zapalenia ucha. Zaczęło się niewinnie od gardła i kaszlu, aż w końcu wirusowe niedobitki, których nie zmógł mój domowy czosnkowy „zajzajer”, zagnieździły się w uchu. Próbowałam domowych sposobów, ale gdy doszło do tego, że nie mogłam otworzyć ust, by zjeść coś treściwszego niż rzadka zupka, skapitulowałam. Kierunek: Przychodnia.

Zwierzęta mają lecznice, gdzie się je leczy. Ludzie mają Przychodnie, do których się... przychodzi. Ale nie tak od razu! Najpierw musisz przejść casting telefoniczny, żeby się umówić. Jak się nie dodzwonisz, to idziesz osobiście. W środku pustki, hula wiatr, żadnych kolejek. Ale porządek musi być – lekarz ma swoje 10 minut na pacjenta, wszystko idzie taśmowo. Może to i dobrze? Naród się nie styka, nie zaraża i szanuje swój czas?

Drzewiej bywało inaczej. W kolejkach kwitło życie towarzyskie, a do gabinetu wchodziło się z „załącznikiem”: miodem, alkoholem, a czasem i ubitą kurą. Sama, jeszcze przed pandemią, odwiedzałam wiekową panią neurolog z naręczem jajek od naszych szczęśliwych kurek. Za pierwszym razem trzęsły mi się ręce, nie wiedziałam, jak to rozegrać. Gdy tylko położyłam reklamówkę na biurku, twarz lekarki pojaśniała. Chwyciła podarek, podeszła do szafy i wyciągając puste pudełka, zapytała rzeczowo:

– Wytłaczanki oddać?

Czy wtedy było lepiej? Na pewno życie było bardziej nieprzewidywalne i barwne. Nikt nie wiedział, co to jest ten słynny „stres”. Człowiek się po prostu zdrowo wkurwił i szedł dalej. Dziś wszystko musi mieć diagnozę, kod w systemie i górę tabletek na każdą najmniejszą bolączkę.

Mogłabym tak długo, ale co było, to było. Wolę wyciągać pozytywy: przez ten nieszczęsny szczękościsk schudłam i ważę tyle, co w liceum! A dzięki zatkanemu uchu słyszę tylko to, co chcę usłyszeć.

Ot, cała filozofia!



niedziela, 23 marca 2025

Złotousty z ludu. Kijem muru nie przebijesz.

 Pierwszy dzień wiosny 2025 roku nie zrobił na mnie najmniejszego wrażenia – wszak na wagary już nie chadzam. Przeszłam więc nad nim do porządku dziennego. Jednak już dzień później zobaczyłam parę bocianów dumnie stojących w gnieździe. Zrobiło mi się ich nawet trochę żal; śniegu co prawda nie ma, ale ten lodowaty, marcowy wiatr wkręca się w każdy zakamarek nieosłoniętego ciała – czyt. szyi, uszu czy gołych, bocianich kostek.

Bogu dzięki ubiegłoroczna zima w ogóle nie dała nam w kość. Łopata do odśnieżania poszła w ruch tylko raz. Użył jej Małż. Złapał za trzonek głównie po to, by pokazać sąsiadom, jakiego ma „bezdusznego syna”, skoro stary ojciec musi sam odśnieżać chodnik. Bez sensu, bo śnieg i tak nie poleżał długo – gdyby Małż poczekał pół godziny, słońce załatwiłoby sprawę za niego.

Logika mojej Drugiej Połówki

Skoro już jesteśmy przy Małżu... Muszę przycupnąć przy komputerze na dłużej, by opisać to, co nieodmiennie wprawia mnie w osłupienie. Czasem moje wewnętrzne trybiki po prostu odmawiają posłuszeństwa – nie potrafię pojąć, jakimi ścieżkami podąża umysł mojej Drugiej Połówki. Piszę o tym właśnie dziś, bo naszła mnie „wema” (jak mawia mój domorosły Miszczu Poprawnej Polszczyzny).

To przekręcanie wszystkiego trwa od lat. Początkowo tylko się śmiałam i próbowałam prostować te językowe wygibasy. Bezskutecznie. Potem zaczęłam je zapisywać na przypadkowych kartkach, bo nie sposób było spamiętać tak barwnych pomyłek. Niestety, wiele z tych notatek zginęło i dziś żałuję, że nie byłam bardziej uważna w ich kolekcjonowaniu. W końcu pewnego deszczowego dnia, gdy nie mogłam „ryć” w ogrodzie, spisałam resztę w zeszyciku. Dziś postanowiłam uwiecznić je na blogu.

Klasyki gatunku według Małża

Nie będę podawać dokładnego kontekstu każdej wypowiedzi, bo pewnie sama bym się zapętliła. Zacznijmy od świeżynki z dzisiaj:

„Wcinasz się jak majtki pomiędzy zakąskę”.

Dla niewtajemniczonych wyjaśniam: Małżowi chodziło o hybrydę powiedzeń „wcinać się jak majtki w tyłek” oraz „wcinać się między wódkę a zakąskę”. Oba funkcjonują na Podlasiu od wieków jako mądrość ludowa, ale mój „Przekręciciel” zawsze interpretuje je na własną modłę. W jego przypadku idealnie sprawdza się zasada: „Słyszy, że dzwonią, ale nie wie, w którym kościele”. Akurat tego akurat jeszcze nie przekręcił. Na sto procent.

Oto szeroki wachlarz innych „perełek”:

  • „Zaczyna się... piosnka z powtórki” (powtórka z rozrywki lub znów ta sama śpiewka).

  • „Ucz się, bo nie będę żył całe życie” (nie będę żył wiecznie).

  • „Ja o Kaziu, ty o Waziu” (ja o kozie, ty o wozie).

  • „Tłumacz mu jak kozie na rozie” (jak krowie na rowie).

  • „Włos ci z korony nie spadnie” (włos z głowy nie spadnie lub korona ci z głowy nie spadnie).

  • „Nie owijaj kota ogonem” (uroczy miks nie owijaj w bawełnę oraz nie odwracaj kota ogonem).

I mój absolutny faworyt:

  • „Głupi jak but kościelny” (piękny miszmasz głupiego jak but z lewej nogi oraz biednego jak mysz kościelna).

Doprawdy, mój Małż z upływem czasu stanowi dla mnie coraz większą zagadkę. Jest ona tak niejasna, że nawet sam Edison ze swoim wynalazkiem nie zdołałby jej rozświetlić


niedziela, 2 marca 2025

Niewychowany Małż. Zołzowata żona.

Ciągle, gdy przypomnę sobie, co mój Małż zaplanował na tegoroczne Walentynki, na moje lico wypływa szeroki rogal. Ale wróćmy do źródła... a raczej do iskry, która poruszyła serce mojego domorosłego egoisty.

Mądrość ludowa głosi, że mężczyzna jest wychowywany dwa razy: najpierw przez matkę, potem przez żonę. Przyznam szczerze – zabrakło mi i chęci, i czasu, by poświęcać nadmiar uwagi nie tylko trójce dzieci, ale i Małżowi. I tak raz po raz przełykałam kolejne rozczarowania w małżeńskim stadle. Moje oczekiwania miały się nijak do rzeczywistości. Czy byłam... czy jestem idealną żoną? No, w życiu! Ale omójborzesosnowy! To mój kawałek podłogi, więc mogę na nim jęczeć, kwękać i stękać, ile wlezie.

Czara goryczy i urwane ucho

Ale do brzegu. Otóż Małż KOLEJNY raz zapomniał o naszej rocznicy ślubu. W sumie nawet mnie to już nie obeszło – przywykłam. Jednak z równowagi wyprowadziło mnie coś zupełnie innego.

Zaczęło się od lokalnej potańcówki, z której Małż wrócił nawalony jak stodoła. Całą niedzielę „dochodził do życia”. Wiedząc, że w nocy z niedzieli na poniedziałek wyjeżdża do pracy, przypomniałam mu o pakowaniu. Odparł, że „spoko”, nad ranem zrobi sobie kawę i ogarnie wszystko na spokojnie. Okej, przyjęłam do wiadomości.

Tymczasem w samym środku moich sennych marzeń... mój domowy egoista wparowuje do sypialni, zapala żyrandol (po oczach!), budzi mnie i pyta, gdzie są pudełka na wałówkę. Udzieliłam mu informacji... a jakże... będąc przy tym wkurzoną na maksa. Pojechał, a ja do szóstej rano nie mogłam zmrużyć oka.

Strategia milczenia

Tego dnia nie zadzwoniłam. Kolejnego to on zadzwonił pierwszy – oczywiście z pretensją, że o nim zapomniałam. No to wyłożyłam mu dobitnie, co myślę o jego egoizmie. Czara goryczy się ulała, dzbanowi ucho się urwało... jak zwał, tak zwał. Odłożyłam słuchawkę.

Następne dni przyniosły lekką odwilż. Cóż, nie potrafię długo się gniewać, taka moja uroda. Wybaczam, choć nie zapominam. I oto nadszedł TEN dzień. Od rana Walenty złożył życzenia – klasyczne, bez polotu, zero zaskoczenia.

Wielki finał (i wielkie oczy)

Po pracy wpadam na hawirę i... staję jak wryta. Na stoliku w salonie widzę czekoladki ułożone w kształt serca. Małż uśmiecha się od ucha do ucha, widząc moje zdumienie. — Przebieraj się, zamówiłem stolik na dwudziestą — rzuca lekko. Patrzę na niego oczami wielkimi jak koła młyńskie. — Żartujesz? — tylko tyle udało mi się wydukać. — Nie żartuję. Pośpiesz się, masz piętnaście minut — oznajmił i zostawił mnie w stanie absolutnego osłupienia.

Patrząc z perspektywy czasu, stwierdzam z pełną świadomością: jestem kobietą wyjątkową. Już po trzynastu minutach szliśmy w kierunku restauracji. Zdążyłam wbić się w kieckę, poprawić makijaż i upewnić się, że nikt mi po drodze nie podmienił Małża.

No patrzcie państwo... taka sytuacja!










niedziela, 19 stycznia 2025

Życzenia wykute w pamięci. Constans alians.

Nowy Rok zapukał do moich drzwi całkiem spokojnie. Nigdzie nie wybywaliśmy z chacjendy, nikt się też do nas nie zapowiedział. Większość dnia Małż spędził w lesie – wcielił się w rolę drwala, bo zabrakło materiału na dokończenie dachu altany. Muszę przyznać, że w tej kwestii jestem z niego dumna. Ale ile się przy tym najęczał, że ma dwóch synów, a o pomoc i tak musi prosić kolegę, to wiem tylko ja.

Wieczorem zasiedliśmy oboje przy stole zastawionym smakołykami i uskutecznialiśmy obopólne wycie do piosenek biesiadnych płynących z telewizora. Potem "skakaliśmy" po wszystkich sylwestrach świata. Tak na marginesie: Nobel temu, kto wymyślił pilota!

Przyznaję, czasami mieliśmy odmienne zdanie co do repertuaru, ale gdy kompromis był nieosiągalny, Małż po prostu wychodził na papierosa. To, że pali dość dużo, w takich momentach bywa zbawienne. Po tylu latach małżeństwa jakoś się jednak dogadujemy. Przynajmniej między sobą. Bo z dziećmi... cóż, bywa różnie.

Świąteczny kubeł zimnej wody

W Święta Małż znów odwalił taką manianę, że córka, która przyjechała z rodziną, o mało nie spakowała się już w pierwszy dzień Bożego Narodzenia. Dostał po uszach tak, że japierdole... Ale najwyraźniej taki kubeł zimnej wody był mu potrzebny, żeby w końcu zrozumiał jedną rzecz: nawet małe dzieci pamiętają o wiele więcej, niż byśmy chcieli, a normę stanowi ogół, a nie margines.

Romantyk na miarę moich możliwości

I tak patrząc w dal... a konkretnie na wczorajszy dzień... przypomniało mi się, że miałam imieniny. Usilnie starałam się, by mój osobisty romantyk wpadł na to sam i "dopełnił obowiązku". W końcu jednak poległam i wyłożyłam kawę na ławę. Oto co usłyszałam:

— Dużo szczęścia i słodyczy, mąż ci życzy! — A coś więcej? — spytałam z nadzieją, że tym razem się postara. — Żebyś zawsze była zdrowa i taka piękna — dodał, przyciągając mnie do siebie i obejmując moją kibić.

Wszystkie życzenia, jakie kiedykolwiek od niego usłyszałam, wyglądają dokładnie TAK. Nieodmiennie. Jednakże niosą w sobie potężne przesłanie, do którego usilnie staram się stosować. No przecież ostatnio zupełnie odstawiłam słodycze... stąd ta wspomniana wyżej "kibić".



niedziela, 15 grudnia 2024

Człowiek się uczy na błędach, jednak są wyjątki. Wyjątkowy Małż.

Święta zbliżają się w podskokach, a ja również w podskokach podążam do nowej pracy. A tak! U schyłku mego życia zawodowego rozpoczęłam pracę NA E TA CIE W BU DŻE TÓW CE !!! Traaaaalalalala!! Jaram się co nie. Wszak lepiej późno, niż później. 

Radość moja jest wprost proporcjonalna do trudności, jakie musiałam pokonać, aby nawiązać odpowiednie znajomości, które okazały się pomocne w przejściu przez sito eliminacji, ( no co? ... czasy się zmieniają, a plecy zawsze się przydają) zdobyć doświadczenie na podobnym stanowisku w innym oddziale, powalić błyskotliwością podczas rozmowy kwalifikacyjnej i ... oto jestem! 

Fakt. Trochę TO trwało, ale oj tam. Grunt, że dotarłam do mety... znaczy do etatu, bo meta to raczej przejście na emeryturę, a ja póki co dłuuuugooooo nie zamierzam się na nią udawać. No bo to jest tak. Nowe koleżanki, które pracują lata całe, pragną tego, od czego ja się odżegnuję. One jednak są już wypalone, a ja napalona. 

Poza tym, to ciągle coś się dzieje. 

Wjechałam na ambicję Małża, i oto postanowił SAM wybudować altanę. Nie podejrzewałam, że aż tak się zaangażuje. Znamienną rolę odegrał tutaj wujek Google, bo najsamwpierw wyszukał " budowanie altany" a tam jak wiadomo, wszystko dzieje się błyskawicznie i bezproblemowo. 

Muszę nadmienić, iż mój Małż ma pamięć rybki akwariowej. Usilnie stara się nie pamiętać o swoich, nie tak bardzo odległych, porażkach. Jednakże od przypominania, ma mnie. Bo mężczyzna najlepiej wszystko widzi, gdy kobieta powie mu, co on tam widzi.

- Kotuś, pamiętasz jak napaliłeś się na budowanie studni?- przypominam.

- No i co? Przecież mamy studnie - stwierdza.

- No wiem. Ale czy pamiętasz, że zanim ją Grzesiek wykopał koparką, naściągałeś stertę, świdrów ręcznych, przedłużek, podkładek, nasadek i Bóg wie czego, próbując wykopać studnię ręcznie? - pytam.

- No i co z tego?- odpowiada pytaniem, na pytanie.

- A to z tego, że pamiętam bardzo dobrze, ile nerwów to kopanie cię kosztowało. I że ciągle miałeś nadzieję, iż się przekopiesz przez glinę, to tryśnie źródełko? A przecież mówiłam ci, że trzeba kopać tam gdzie rośnie czeremcha, bo dwadzieścia lat temu, była tam studnia, zanim ją zasypałeś. 

- Tamto miejsce nie było odpowiednie - stwierdził.

- Może i nie było, ale kopie się tam, gdzie woda jest, a nie gdzie ci pasuje. Teraz mamy studnię sto pięćdziesiąt metrów od warzywnika i musimy używać dwóch pomp, by doprowadzić ją do zbiornika. A jest w niej woda tylko dlatego, że to najniższy punkt terenu i napełnia się po deszczu.

- Ale jest - kończy dyskusję.

Odpuszczam sobie przypominanie, ile kosztowały narzędzia do ręcznego kopania, koparka, betonowe kręgi oraz pompy. 

A teraz zabrał się za altanę. Nakupił narzędzi. Nawet nie potrafię napisać jakich. Większość w sklepie, ale po cośtamcośtam jeździł, aż dwieście kilosów. 

Jestem pewna, że gotowa altana kosztowała by o wiele mniej, jednakże nie tracę nadziei, że tym razem odniesie spektakularny sukces, wszak  zwycięzców się nie osądza.











 

piątek, 8 listopada 2024

Nocna mumia w oleju. Demencja nadciąga.

Kolejne urodziny przeleciały mi przed oczami jak sen złoty. Uściski, czekoladki i kwiaty od syna, a od synowej śliczny hand-made z kotkami ułożonymi z kamyków (na który co prawda sama ją naprowadziłam, ale doceniam starania). Do tego życzenia od Reniaczka, życzenia od Małża (syn musiał ojcu przypomnieć) oraz ponadgodzinna rozmowa z odwiecznym adoratorem – i tak oto zamknęłam kolejny rok życia. Tylko ja wiem, jak wielki progres zaliczyłam przez ten czas. Bardzo mi się ta zmiana podoba. Oby tak dalej!

Upadek "malowany"

Niestety, tuż po urodzinach spierdzieliłam się z drabinki podczas malowania cegiełek w kuchni. Przydzwoniłam głową w blat, mimo że rozpaczliwie asekurowałam się prawą ręką. Małż był obecny przy tym "wywrocie", więc przynajmniej miał kto zawieźć mnie na SOR. Cztery godziny spędziliśmy, czekając na opis rezonansu głowy i prześwietlenie ręki.

Ale że szczęście mnie nie opuszcza, wróciłam do domu jedynie w łusce gipsowej. Zdjęłam ją sama po trzech dniach, gdy dowiedziałam się, jakie są kolejki do ortopedy. Przerzuciłam się na okłady z oleju rycynowego. Wierzę, że pomaga – wszak wiara czyni cuda. Wobec powyższego co wieczór zamieniam się w początkującą mumię. Poza prawym nadgarstkiem owijam bandażem elastycznym lewą stopę (uraz dwuletni), kolano (uraz kilkuletni) oraz haluksa (bez urazu, tak profilaktycznie). Tak obandażowana toczę się do alkowy. Czad!

25 lat na cmentarzu

Za to za dnia... przydarzyła mi się bardzo budująca historia. Podczas sprzątania grobów bliskich otrzymałam komplement, który będę wspominać do końca moich dni. Starsza siostra koleżanki z klasy, która przyjechała w odwiedziny z USA, pomyliła mnie z dwudziestopięciolatką! Małż podsumował co prawda, że pomyłka wynikła wyłącznie ze słabego wzroku owej kobiety, ale fakt pozostaje faktem. Dopóki nie dopadnie mnie demencja, będę to wspominać z nostalgią. Noooo.

A propos demencji...

Rozmowa z Małżem: — Kotuś, czy brałeś ten zestaw do malowania, który leżał przy drzwiach? — Nie, nie brałem — odpowiada, nie odrywając wzroku od telewizora. — Szlag... gdzie ja go wpierdzieliłam? — mruczę pod nosem, opuszczając salon.

Pół godziny przeczesuję całą chawirę. Wracam do salonu i tchnięta złym przeczuciem, dopytuję: — Na pewno nie brałeś tej niebieskiej kuwetki z wałeczkami? Patrzy na mnie, jakby się dopiero obudził: — Aaaaaaaa, to niebieskie zafoliowane pudełko? — Tak, właśnie tamto! Przecież rano wspominałam, że kupiłam ten zestaw specjalnie, żeby skończyć malowanie! — tłumaczę najspokojniej jak potrafię, choć powieka już mi lata. — Noooooo... wziąłem, bo miałem pomalować ściankę przy drzwiach. Potem wyniosłem na podwórko i namoczyłem w wiaderku.

Widząc moją minę, szybko dodaje: — Dobra... o co tyle rabanu... już... już idę... umyję.

Patrzę na niego z niedowierzaniem i osuwam się na fotel. Z bezsilności nogi się pode mną uginają, a tchu brakuje. — No przecież pytałam, czy go wziąłeś... — jęczę w stronę pustej kanapy, wydobywając z płuc ostatki powietrza.

Kurtyna

tu grzeliście ławę najczęściej

Etykiety

sanatorium problemy wycieczka budowa podróż praca zabawa zaskoczenie kolega morze mąż wyjazd Małż auto blog dylematy ksiądz pamięć przygoda rehabilitacja syn tańce wesele wizyta święta życzenia Konstancja altana argumenty blondynki choroba cud dom fachowcy goście imieniny integracja koleżanka kłótnia majster narodziny ogród początek powrót pragnienie propozycja rocznica rodzina siostry spostrzegawczość sprzątanie sylwester szczęście urodziny urzędnik wnuczęta zakupy zguba zima święto żona Nowy Rok Nowy Rok plan przygoda ogień apel awaria wycieczka morze koncert auto awaria holowanie sąsiad auto zakup akademia babcia autobus awans awaria bal bank bociek bunt cel cmentarz dach demencja deszcz działanie egoista film folklor gra gwara góra głos higiena historia impreza informacja. irytacja życie rodzinne spokój jazda kazanie kelnerka kierat kieszonka klucze kobieta kolacja walentynki koledzy koleżanki kolęda komplement komórka kolega podejrzenia kwiaty lekarz lód marzenia masarz masaż matka metoda miłość mróz mądrość ludowa mężczyzna nerwy niespodzianka niewdzięczność nowe miejsce nowy sprzęt odchudzanie święto zaskoczenie mąż odcinki odwyk uzależnienie słodycze ognisko pieszczoty plaża podarki pogoda pogoda operator sms córka poród Anioł pomoc pomyłka porada porządek sukienka pułapka ratunek postanowienie powiedzenia pozytywne postrzeganie świata pozytywne wnioski pośpiech prezent prośby przebranie przedwiośnie przemyślenia przeprosiny przyjazd pytania radość relacja remont rocznica śnieg zaskoczenie tajemnica proboszcz rozmowy rozterki rubikon rysa sanatorium koleżanki sanatorium masażysta pogoda fajfy flirt schemat siostry rodzina relaks blokada spełnienie spowiedź strata synowie szał szwagierka słońce pole truskawki pielenie opalanie. tatuś teleporada zdrowie lekarz zdumienie cud teściowa śmierć rocznica torebka traktor troska tęsknota uraz. wesele goście suknia zabawa wróżba wspomnienia wspomnienia sylwester święta wycieczka morze szaleństwo wyjaśnienie wyobraźnia zakochani zakupy ekologia wesele zdjęcia zdrowie zmiany znajomy zwierzęta zęby złość bezradność zdumienie ściana śmieci śniadanie święta prezenty zaskoczenie radość święta wypieki foremki wzrok komórka zaskoczenie źródła