Dziś musiałam wyciągnąć ciężką artylerię z poddasza ( czyt. kożuch rodem z PRL-u ) Minus dwadzieścia stopni skłoniło mnie do powyższego kroku. Ostatni raz miałam go na sobie w ubiegłym wieku, kiedy byłam we wczesnej ciąży z córką. Natomiast ów przyodziewek został kupiony jeszcze w czasie mojego krótkiego panieństwa. Tyle lat czekał na swój come back i się doczekał. Mrozy wróciły wraz z modą na kożuchy. Przyznam, że było nawet cieplutko na mszy, w naszym wychłodzonym kościele.
Wczoraj, ulegając presji koleżanki z ADHD, daliśmy się namówić na kulig w pobliskim przysiółku. Mróz był nieco mniejszy, za to wiatr o wiele większy. Wypizgało nas do gołej kości. Trzy godziny wytrzymaliśmy przy ognisku. Były kiełbaski, bigos i grochówka. Trzeba było szybciutko spożywać owe specjały, bo zamarzały w plastikowych miseczkach w oka mgnieniu. Małż rozgrzewał się od środka lokalnym trunkiem wysokoprocentowym, ja rozgrzewałam się na okrętkę, tzn. grzałam przód przed ogniem, a potem obrót o 180 stopni, by tylne rejony uratować przed odmrożeniem.
I jeszcze krótka retrospekcja z końcówki ubiegłego roku.
24 grudnia.
Co prawda śniegu nie było, ale gdy chciałam wyjechać po wigilii, musiałam najpierw odkuć lód z przedniej szyby. Minus 13 na termometrze nie było wcale dokuczliwe podczas owego skrobania.
Na pasterkę, którą proboszcz zaplanował na 22 h pojechałam sama, gdyż moja połówka miała dreszcze i w ogóle słabo się czuła. Nie naciskałam, bo dzień przed, Małż wędził kiełbasę, którą prawie SAM zrobił ( prawie, bo przy udziale sąsiada, który ma większe pojęcie na powyższy temat) Wędził ... UWAGA!! leci petarda... we własnoręcznie postawionej WĘDZARNI. Tak, tak. Na altanie się nie skończyło. I kto by pomyślał, że w 2025 roku nasze obejście powiększy się o altanę i wędzarnię. Kiełbasa wyszła prima sort. Obdarował nią pół rodziny i najbliższych sąsiadów.
Ten to umie się chwalić, no i nie jest skąpy.
Błogi spokój, chillout, czyli to co lubię najbardziej. Po latach "skakania" nad familią, wreszcie przeżywałam Święta, tak jak lubię. Małż nie był zadowolony, bo nie miał się z kim napić. Chodził i jęczał, że choć mamy trójkę dzieci, to jesteśmy samotni w ten świąteczny czas, co nie było tak do końca prawdą, gdyż tym roku wigilia była u nas. Zaprosiliśmy starszego syna z rodziną. Spóźnili się tylko pół godziny, co uważam za duży sukces. Synowa przywiozła pierogi i kapustę z grzybami. Całą resztę potraw zrobiłam sama, w końcu dzień 24 grudnia, od tego roku, był ustawowo wolny. Złożyliśmy sobie życzenia, spożyliśmy kolację, pośpiewaliśmy kolędy podczas obdarowywania się prezentami i tyle.
Młodszy syn przyjechał kilka dni przed wigilią, podzieliliśmy się opłatkiem ( Małż z synową również, choć nie wybaczył jej słów, które padły przed ich wyprowadzką) i tyleśmy ich widzieli.
Sylwester zaskoczył nas siarczystym mrozem (- 20) i opadami śniegu. Bawiliśmy się w kameralnym gronie w wypasionej Zagrodzie nieopodal naszego miejsca zamieszkania. Za bilety zapłaciliśmy sporo, ale warto było. Po pierwsze już przez kilka lat nigdzie nie balowaliśmy, po drugie ku memu zaskoczeniu, to była inicjatywa Małża, więc nie oponowałam. Wróciliśmy o 4 nad ranem. Pierwszy dzień nowego roku spędziliśmy w piżamach. Takie są uroki mieszkania tylko z trzema kotami.
Z ostatniej chwili.
Od marca będę pracowała na lżejszym stanowisku oraz w godzinach, które będą mi bardziej odpowiadały.
Jaram się tym jak czarownica na stosie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
"To czy człowiek jest inteligentny poznaje się po jego odpowie-dziach. To czy jest mądry, po pytaniach."- Naguib Mahfouz