Ostatnie mrozy zmusiły mnie do wytoczenia ciężkiej artylerii z poddasza. Wyciągnęłam kożuch rodem z PRL-u. Prawdziwy zabytek – kupiłam go jeszcze jako panna, a ostatni raz miałam na sobie w ubiegłym wieku, będąc w ciąży z córką. Tyle lat czekał na swój wielki powrót i w końcu się doczekał! Moda na kożuchy wróciła w samą porę, bo przy -20°C był jedynym ratunkiem podczas mszy w naszym wychłodzonym kościele.
Kulig pod wysokim napięciem
W ubiegłym tygodniu, ulegając namowom koleżanki z ADHD, daliśmy się wciągnąć w kulig. Mróz może i nieco odpuścił, ale wiatr nadrabiał za dwóch. Wypizgało nas do gołej kości. Przez trzy godziny dzielnie trwałam przy ognisku, stosując technikę „na okrętkę”: najpierw smażyłam przód, a potem szybki obrót o 180 stopni, żeby ratować tyły przed odmrożeniem.
Specjały z ogniska – kiełbaski, bigos i grochówka – wymagały tempa godnego mistrzów świata. Jeśli nie zjadłeś w minutę, danie zamarzało w plastikowej miseczce w oka mgnieniu. Mąż, jako strateg, postawił na rozgrzewanie wewnętrzne lokalnym trunkiem wysokoprocentowym.
Retrospekcja: Wigilia pod znakiem wędzarni
Wróćmy jednak do końcówki roku. 24 grudnia termometr pokazał -13°C. Zanim wyjechałam z domu, musiałam stoczyć walkę z lodem na szybie. Na pasterkę o 22:00 pojechałam sama, bo moją drugą połowę dopadły dreszcze i ogólne rozbicie.
Nic dziwnego – dzień wcześniej Małż dokonał czynu heroicznego. Wędził kiełbasę we własnoręcznie postawionej wędzarni! Tak, po altanie przyszedł czas na architekturę mięsną. Z pomocą sąsiada (który w temacie ma nieco większe pojęcie) stworzył wyrób prima sort. Potem, jak to on, obdarował nią pół rodziny i wszystkich sąsiadów. Umie się chwalić, ale trzeba mu oddać – skąpy nie jest.
Błogi chillout i rodzinne roszady
Dla mnie te Święta były definicją spokoju. Po latach „skakania” nad całą familią, wreszcie przeżyłam je tak, jak lubię – bez spiny. Mąż co prawda trochę marudził, że „mamy trójkę dzieci, a tacy samotni”, bo nie miał z kim pić, ale przecież Wigilia była u nas!
Starszy syn z rodziną spóźnił się tylko pół godziny (sukces!).
Synowa wsparła stół pierogami i kapustą.
Resztę przygotowałam sama, korzystając z faktu, że 24 grudnia był już ustawowo wolny.
Z młodszym synem i synową opłatkiem podzieliliśmy się kilka dni wcześniej. Małż wprawdzie życzenia złożył, ale wciąż pamięta te parę słów za dużo, które padły z jej ust przed ich wyprowadzką. No cóż, natura nie wybiera, a pamięć bywa długa.
Nowy Rok, nowa ja
Sylwester zaskoczył nas syberyjskim mrozem (-20°C) i śnieżycą, ale nie daliśmy się pogodzie. Bawiliśmy się w kameralnym gronie w „wypasionej” zagrodzie nieopodal. Choć bilety tanie nie były, inicjatywa wyszła od Małża, więc nie oponowałam. Wróciliśmy o 4 nad ranem, a cały Nowy Rok spędziliśmy w piżamach. To jest właśnie luksus życia z tylko trzema kotami!
A na koniec „news” z ostatniej chwili: od marca zmieniam stanowisko na lżejsze! Godziny będą ludzkie, praca przyjemniejsza... Jaram się tym jak czarownica na stosie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
"To czy człowiek jest inteligentny poznaje się po jego odpowie-dziach. To czy jest mądry, po pytaniach."- Naguib Mahfouz