Dobra, poprawiam moherowy berecik i opisuję tę uroczystość ku pamięci, żeby za rok znów nie dopadła mnie „indolencja blogowa”.
Stylizacja na „starszą siostrę”
Tym razem obyło się bez katorżniczej diety – kupiłam luźniejszą kieckę na jedno ramię w kolorze cielistym, z delikatnym połyskiem. Małż twierdził, że wyglądam ślicznie (choć on uważa, że i w worku po kartoflach zadawałabym szyku, więc nie jest obiektywny). Fryzura? Żadne tam loki-koki, tylko włosy na szczotce. Córka zrobiła makijaż i gotowe.
Zabawnie zrobiło się pod kościołem, kiedy zauważyłam kątem oka moją młodszą synową. Miała prawie identyczną sukienkę (tylko na drugim ramieniu) i takie same rozpuszczone włosy. Ponieważ od tygodni wiedziała, co założę, jej wybór był... intrygujący. Goście szeptali, że wyglądamy jak siostry, co mnie nawet rozbawiło. No cóż, naśladownictwo to najwyższa forma uznania, prawda?
Dramat w trzech aktach: Dowód, schody i gleba
Zaczęło się od stresu – świadek zapomniał dowodu osobistego! Na szczęście młodszy syn, niczym kurier z misją specjalną, dowiezł dokumenty w trybie pilnym prosto do zakrystii.
Sam ślub był kameralny i piękny, ale wyjście z kościoła... Boże widzisz i nie grzmisz! Trzeba było zejść po stromych schodach bez żadnej balustrady. Patrząc w dół na te „schody Potiomkinowskie”, dreszcz przebiegał po kręgupsłupie, ale na szczęście nikt się nie spierdolił. Uff.
Na sali też nie obyło się bez emocji. Pierwszy taniec zakończył się spektakularną glebą. Młody, ratując upuszczoną żonę, runął razem z nią w obłoki puszczanego dymu. Wyglądało to tak, jakby oboje nagle wjechali na lodowisko. Na szczęście obyło się bez gipsu.
Małż i „NIGDY WIĘCEJ!”
Mój Małż, już nieco uraczony weselnym trunkiem, postanowił poprosić młodszą synową do tańca. A ona... odmówiła. O MATKO BOSKO! Jakie to było oburzenie! Wrócił do stołu, walił się pięścią w klatę i grzmiał, że „NIGDY, PRZENIGDY” już jej nie poprosi.
Nasza córka musiała wkroczyć do akcji i przemówić bratowej do rozsądku. Efekt? Mój Małż-Krzywoprzysięzca po krótkiej chwili znów polazł na parkiet, poprosił synową i przetańczyli kilka kawałków ciurkiem. Wrócił uradowany, a ja – jako wyrozumiała małżonka – tylko zachwycałam się głośno, jak to oni „pięknie tańcowali”.
Ostatnie tchnienie lampionów
Po oczepinach Młodzi uparli się na puszczanie lampionów. Susza od miesiąca, trawa spalona, dziesiąty stopień zagrożenia pożarowego, a oni: „Nie po to kupili lampiony, żeby ich nie puszczać!”.
Wszyscy goście wstrzymali oddech, gdy odpalali zapałki. Na szczęście wiatr był tak silny, że gasił każdy ognik. Moje modły znów zadziałały – lampiony nie poleciały, a okolica nie stanęła w ogniu. Wróciliśmy na salę świętować dalej.
Postanowienie na 2024: Częściej zapisywać to, co warte pamięci. Bo życie ucieka, a takie „akcje” są zbyt cenne, by utonęły w morzu zapomnienia
Uff. Się działo. Musisz zapisywać. Pamięć nie wszystko zapisuje. Stąd mój blog codziennie pisany. Buziaki
OdpowiedzUsuńLuciu, jesteś tak solidną blogerką, iż gdyby nagradzali wytrwałość w prowadzeniu tegoż, zajęłabyś pierwsze miejsce. Buziaki :*
Usuń