Minął tydzień od ślubu młodszego syna, na który tak dzielnie się odchudzałam. I wiecie co? Schudłam! Tyle, ile planowałam. HA! O mateńko, jak mi z tym dobrze. Teraz jedyne wyzwanie to utrzymać tę wagę przynajmniej do zimy.
Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że cycki zmalały tylko nieznacznie. Małż nie narzekał, choć musiałam rozpruć dekolt o jakieś 2 cm, żeby pomieścić zawartość. Efekt? Suknia stała się może nie wyzywająca, ale... bardzo skutecznie skupiająca wzrok w strategicznych rejonach. Małż był zachwycony.
Rewia mody w trzech aktach
Kupiłam aż trzy suknie i każda była „tą jedyną”.
Różowa mgiełka: Zgaszony róż w czarne kropeczki, gorsetowa góra i dół z siateczki, który spływał kaskadami falban. Wyglądała lekko i romantycznie.
Złote Cappuccino: Cała z koronki, ze złotymi refleksami. Dekolt w łódkę, cztery halki pod spodem – totalny styl lat 60. To w niej wystąpiłam na poprawinach.
Różowa Rybka (WAWAWUUUUUM!): Cekinowa, długa, ze sznurkami koralików zamiast rękawów.
Córka i zięć orzekli, że „Rybka” musi iść na pierwszy ogień. Ja jednak zaprotestowałam – w takiej widowiskowej kreacji do kościoła? W życiu! Przecież ksiądz by się nie skupił (skromność to podstawa, wiadomo). Zostawiłam ją na wieczorne tańce. Kiedy w niej „weszłam”, nasz 20-osobowy stół zgotował mi taki aplauz, że aż się zaczerwieniłam. Małż zbierał szczękę z podłogi i stwierdził, że wyglądam jak milion dolarów. Ja czułam się jak dwa miliony!
„Pan ma na imię... Jezus”
A propos skupienia księdza – autentyk z kościoła. Ślub za ślubem, pośpiech, czas na przysięgę. Ksiądz nagle zapomina imienia Pana Młodego. Odsuwa mikrofon i szepcze: — Jak pan ma na imię? Młodzieniec blednie, konsternacja. Ksiądz ponawia pytanie. W końcu chłopak drżącą ręką przysuwa mikrofon do ust i odpowiada: — Pan... ma... na imię... Jezus. Cisza. Ksiądz patrzy na niego z rozbawieniem, pokazuje palcem: — Nie On, Pan! — Dawid – odpowiedział chłopak z taką ulgą, że goście wybuchli gromkim śmiechem.
Mój syn też nie był gorszy. Zamiast „Biorę ciebie, Beato”, wypalił: „Biorę SOBIE ciebie, Beato”, co kuluary komentowały jeszcze długo. Do tego ta walka z obrączką, której nie dało się wcisnąć na palec... Emocje sięgały zenitu!
Czeski film i przemycone co nie co.
Dzień przed weselem gościliśmy rodzinę z Czech. Język czeski jest tak komiczny, że nie trzeba pić, by pękać ze śmiechu. Kiedy dowiedzieliśmy się, jak jest po czesku „zakonnica”, dosłownie ległam skręcona ze śmiechu w ogrodowym bluszczu.
Małż poszedł z Honzą (szwagrem) do sklepu, a reszta rodzinki w tym czasie... przypaliła jakąś „czeską kocimiętkę” przemyconą przez granicę. Po powrocie Małż był święcie przekonany, że jestem wstawiona jak szpadel. Pomimo, iż wie, że ja piję symbolicznie, nie wyprowadzałam go z błędu – lepsze to niż przyznanie się, że dorośli ludzie dostali głupawki od słowa „gałąź” przez inne rozwesalacze.
Małżeński „Taniec z Gwiazdami”
I na koniec – taniec rodziców. Nie wiem, czy to ta cekinowa suknia tak podziałała, czy może magia chwili, ale tańczyliśmy z Małżem jak nigdy. Jemu nie plątały się nogi, mnie nie kręciło się w głowie. Nasz walc wyglądał tak profesjonalnie, że goście na poprawinach dopytywali, do jakiej szkoły tańca chodziliśmy! Do mojego Małża-Maseraka ustawiała się kolejka chętnych pań. Miał chłopak rwanie jak nigdy.
Powinnam być zazdrosna?
Może, ale byłam zbyt zajęta byciem „dwoma milionami dolarów"
Ach jak ja lubię czytać takie ślubne opowieści. Gratulacje dla Wszystkich. Dla Wszystkich a Tobie wielu podobnych chwil tryumfów. Całusy
OdpowiedzUsuńLuciu, jak tylko będę miała jakieś sensowne zdjęcie, to się pochwalę na Centralnym :D Bo jak nie teraz, to kiedy? Serdeczności :*
OdpowiedzUsuńŚwietny dowcip, Jezus rozwalił system!
OdpowiedzUsuńJa miałam dwie kreacje, ale drugiej nie użyłam, bo poprawiny w ogrodzie były i kiecka nie przydała się.
Zazdrosna? Nie, raczej dumna!
Gratulacje i szczęścia młodym!
jotka
Jotko, dziękuję w imieniu młodych. Masz rację, duma to lepsze niż zazdrość :)
Usuń