Dziś internet szaleje, więc korzystam z okazji i ciągnę temat szeroko pojętej rozrywki sanatoryjnej. Wybaczcie, że rzadziej zaglądam do Was, ale tu się tyle dzieje, że ledwo nadążam z opisywaniem tego cyrku!
Kilka dni temu zawitał do nas kabaret. Śmiech to zdrowie, więc za jedyne 15 złociszy nabyłyśmy z Dorotką bilety, odstroiłyśmy się w najlepsze kiecki i zajęłyśmy miejsca. Tłumów nie było – raptem trzydziestu zapaleńców. Było wesoło, ale głównie za sprawą niejakiego Ryśka vel Ricziego.
Riczi, mąż jednej z kuracjuszek, najwyraźniej cierpiał na zaawansowaną postać ADHD. Nie mógł usiedzieć, darł się, oceniał artystów i widzów (mało konstruktywnie). Jego żona, Grażyna – przez wszystkich zwana Kremówką, bo z Wadowic – próbowała go pacyfikować, ale Riczi tylko bardziej się nakręcał, ograniczony jedynie krzesłami przykręconymi do podłogi.
Potem impreza przeniosła się na parkiet. Miałam ten „zaszczyt”, że Riczi porwał mnie do tańca. No jak ja się namęczyła, to Wy pojęcia nie macie! Gość stosował niesprecyzowane wymachy kończynami. Gdy próbowałam patrzeć na stopy, by przeżyć, on podniósł mi brodę i nakazał: „Patrz mi w oczy!”. O dziwo, to zadziałało – przestałam się plątać w jego nogach, ale ulga, gdy piosenka dobiegła końca, była nie do opisania.
A teraz najlepsze. Kremówka od początku turnusu balowała w ramionach Tadeusza. Romans wisiał w powietrzu tak gęsto, że nie trzeba było okularów, by go dostrzec. Nagle Grażyna ogłasza nam: „Przyjeżdża mąż, poznam go z Tadeuszem”.
Jak powiedziała, tak zrobiła. Siedzieli przy stoliku we trójkę. Słyszałam nawet, jak Riczi pyta żonę: — A to ten Tadeusz, o którym mi tyle opowiadałaś?
Po baletach cała trójka udała się do pokoju „zacieśniać więzy” przy wodzie ognistej. Całe piętro zamarło w oczekiwaniu na mordobicie albo interwencję policji. A tu nic! Riczi wyjechał następnego dnia, obrażając po drodze wszystkich kuracjuszy, a wieczorem...
Kolejna potańcówka: Grażyna wtulona w Tadeusza, na stoliku bukiet czerwonych róż, uściski i pocałunki bez końca. I wiecie co? Nikt nie splunął pod nogi. Nikt nie potępił. Riczi zrobił tak fatalne wrażenie, że całe sanatorium kibicuje Tadeuszowi.
A niech ma dziewczyna! Skoro mąż to taki „eksponat”, to sanatoryjna miłość należy jej się jak psu buda.
No popatrz, jak w najlepszym kryminale, gdzie czytelnik jest po stronie przestępcy. Niezły trójkącik:-)
OdpowiedzUsuńJa to kiedyś namęczyłam się na zabawie śledzikowej, na której taki jeden tańczył taniec św.Wita, aż mnie noga rozbolała, bo ciągle w jedna stronę obracał...
Cóż, ludzie w sanatorium mają serca wyczulone na krzywdę kuracjuszy :)
UsuńZazdroszczę Ci, Cons. Lenistwa i wrażeń. :D Jak nic, skończy się książką. :)
OdpowiedzUsuńPani S. może jak odwiedzę jeszcze kilka takich przybytków, to kto wie? :)
UsuńJa też napiszę. A niech ma. Należy jej. końcu musi wrócić do domu. Buziaki
OdpowiedzUsuńLuciu, kocham Cię :)
Usuń