Wspomniane wcześniej wąskie przejście to był mały pikuś. Udało się je poszerzyć, heblując górną krawędź drzwi. Co prawda powstała szpara, przez którą można by pewnie podglądać sąsiadów, ale kto by się tym przejmował? Wiosna przyszła, wentylacja się przyda!
Lany Poniedziałek... już w Wielki Piątek
Prawdziwe atrakcje zaczęły się w Wielki Piątek. Wracamy z mszy, a w kuchni – jezioro. Deszczówka ciurkiem lała się z sufitu. Cała młodzieżowa brygada (synowie, córka i jej chłopak) weszła na dach, by szczotkami zgarniać wodę z nowo wylanego stropu.
Okazało się, że poziom betonu to czysta „równia pochyła” – niby różnica minimalna, ale wystarczyła, by cała woda z budowy zameldowała się u mnie na blacie w kuchni.
W Wielką Sobotę wrócił Małż i zaczęło się wielkie uszczelnianie workami z piaskiem. Kiedy wychodziliśmy do kościoła, przezornie rozstawiłam miednice. Ale po powrocie? Szok! To już nie kapało, to się LAŁO.
Misek i salaterek zabrakło w całym domu. Podstawialiśmy wszystko, co miało dno, a robiliśmy to po omacku, bo strach było zapalić światło – z żarówek woda sikała najmocniej. Dwa razy w nocy robiłam obchód z wiaderkiem, wylewając urobek i klnąc pod nosem.
Przed świtem dowiedziałam się, że łazienka i nowo wyremontowany pokój też „płaczą”. I tak, gdy inni szli na rezurekcję, moja rodzina w strugach deszczu stawiała mur oporowy z cegieł i betonu wzdłuż stropu. Do śniadania wielkanocnego siedliśmy umęczeni jak konie po westernie. Zjedliśmy i... padliśmy spać. Tegoroczny Prima Aprilis nas nie rozśmieszył. On nas po prostu zwalił z nóg.
Chwila dla Inwestorki
P.S. Dzisiaj było tak cudownie ciepło, że rozłożyłam leżaczek strategicznie: pomiędzy górą pulpy a stertą krokwi. Dwie godziny wylegiwania się na słońcu i akumulatory naładowane. Coś czuję, że kolejne zmagania z tą rozbabraną budową nastąpią szybciej niż myślę. Paaaaa!

O matko kochana, zanim to się skończy to nie do sanatorium ,a do psychiatryka pojedziesz...ja bym siadła i płakała:-(
OdpowiedzUsuńJotko, i tak było mokro, więc płacz nie był wskazany :)
UsuńTaa.. życie to nie bajka. Ale szczęśliwe zakończenia się zdarzają. Czego Ci serdecznie życzę i sobie też. Na wszelki wypadek. Całuję.
OdpowiedzUsuńLuciu, niestety pokłady mojego pozytywnego myślenia są już na wyczerpaniu... mam nadzieję, ze w sanatorium odpocznę i fizycznie, i psychicznie :*
UsuńMasz szczęście, że przyszła wiosna, bo gdyby parszywa jesień była...
OdpowiedzUsuńI oby to była najsuchsza wiosna stulecia, bo przed nami zdejmowanie starego dachu.
UsuńOby to były jedyne niemiłe przygody świąteczne jakie Cię spotkały:)
OdpowiedzUsuńŚwięta był jakie były... ale po świętach... ech... kolejna " niespodzianka" się pojawiła.
UsuńMam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy i dom będzie jak ta lala. :) .
OdpowiedzUsuńPozdrawiam Consku. :) .
Tereso, jedynie taka wizja, pozwala mi nie zwariować :)
UsuńO rany, a czy Ty mi tu opisujesz pobyt na jakimś surwiwalu budowlanym? Masakra, toż to istny Armagedon. I niech mi ktoś powie, że postawienie domu to bułka z masłem.
OdpowiedzUsuńDobrze, że chociaż akumulatory udało Ci się naładować, bo bez tego ani rusz.
Gabuniu, doszłam do wniosku, ze już jestem za stara na budowanie domu. Ot, jakiś mały lifting, ale nie taka inwestycja. Ale jak to mówią, mądry Polak po... ;)
UsuńCzy Ty się przeprowadziłaś w moje rejony? Bo takie ulewy i przeciekania to tylko tutaj.
OdpowiedzUsuńNo, jeszcze tego by brakowało... przeprowadzka... brrrr. Otóż jak widać padało i u Ciebie i nad moim domem ;)
UsuńAle za pięć lat wszystkie święta wielkanocne zleją się w jedno wydarzenie, a te pozostaną jak jedne, jedyne. :)
OdpowiedzUsuńPani S. Jak zwykle masz rację.Skąd w Tobie taka mądrość życiowa się wzięła? :)
Usuńpodziwiam, że w ogóle dałaś radę to opisać.
OdpowiedzUsuńMaakrelo, muszę wszytko opisywać, wszak pamięć jest ulotna i, a nóż widelec, zechce mi się znów coś budować :)
Usuń