Kochani moi czytacze! Z tego oto miejsca pragnę przeprosić wszystkich zagłębiających się w moich treściach... boszszsz... ależ to brzmi wyniośle! Muszę jednak ogłosić, że nadeszła pora na powtórzenie całego dotychczasowego cyklu o Konstancji.
Powiem tak: kilkakrotnie próbowałam przenieść swoje wpisy z starego bloga na tę witrynę, ale technologia stawiała opór. W desperacji uciekłam na WordPressa z całym dorobkiem, ale moje serce od pierwszego wrażenia pokochało Bloggera. Jest jasny, przejrzysty i taki... rodzimy. I w ogóle!
WordPress to jednak wielki, skomplikowany świat, a ja jestem prostą dziewczyną z Podlasia. Dlatego wracam tutaj. Przenoszę „Przypadki Konstancji”, bo kolejny odcinek już czeka i przebiera nóżkami zniecierpliwiony. A nie mogę przecież zacząć od końca! No bo a nuż widelec wejdzie ktoś zupełnie niezorientowany i co? Nie będzie mógł się połapać, „o co cho”.
Co Was czeka?
Będę dawkować historię Konstancji od samego początku. To idealna okazja, by:
Przypomnieć sobie, jak to się wszystko zaczęło.
Zrozumieć niuanse, które umknęły w ferworze walki.
Przygotować się na wielką premierę NOWEGO odcinka!
Dziękuję za cierpliwość i zapraszam do wspólnego „odkopania” Konstancji. Obiecuję, że warto!. Tak że jadziem panno lalu...

Nooooo ..... i fajnie
OdpowiedzUsuńJaga, też tak myślę. Zawsze można pominąć znajomy wpis co nie :)
UsuńJa mam zaległości, więc nie ma problemu...
OdpowiedzUsuńNo to się cieszę, że niestrawność Cię nie dopadnie :)
OdpowiedzUsuńJa też mam zaległości, więc chętnie wgłębię się w historię Konstancji :)
OdpowiedzUsuńKochana nie ważne gdzie, bylebyś pisała i by Ci było wygodnie.
No to jedziemy ...
Gabuniu :)
Usuń