Treść wiadomości Gemini
Altana, czyli portal do innego świata
Wszystko się wyjaśniło! Znam już odpowiedź na sceptyczne pytanie syna:
„Po co nam TA altana, skoro i tak nikt do nas nie przychodzi?”
Otóż, drogi synu, nikt nie przychodził, bo... nie mieliśmy altany! Gdy tylko budowla stanęła, przez wakacyjne weekendy nasz ogród zamienił się w lokalne centrum kultury i rozrywki.
Weekend pierwszy: Chrzest bojowy
Zaczęliśmy od sąsiadów. Choć mieszkamy po przeciwnych stronach ulicy, sąsiadkę widuję rzadziej niż zaćmienie słońca. Sąsiad wpadał częściej, zwabiony ciekawością, by podpatrzeć postępy „domorosłego stolarza”. Zaproszenie na wielki finał (no, prawie finał, bo zawsze zostaje coś do dopieszczenia) przyjęli z entuzjazmem.
Przetestowaliśmy wszystko: gazowy grill, aromatyczne mięsiwa i mega wygodny „bujaczek” (fotel na metalowym pałąku). Głośna muzyka i zapachy zwabiły nawet przechodzącego obok Kazia – majstra, który kiedyś odnawiał nasz dom. Były tańce, karaoke i totalne wygłupy. Na koniec sąsiad stwierdził, że gdyby nie wiedział, że jestem abstynentką, przysiągłby, że jestem pod wpływem. Cóż, po latach bez alkoholu człowiek potrafi się bawić na czystym endorfinowym haju!
Weekend drugi i trzeci: Inwazja gości
W kolejny weekend Małż obchodził imieniny (przyspieszone o dwa tygodnie, bo czemu nie?). Znów tańce, hulanki i swawola do późnej nocy. Tydzień później odwiedziła nas koleżanka z pracy z mężem, synem, synową i wnukiem. Przygotowałam jedzenia dla pułku wojska, a altana zrobiła taką furorę, że synowa koleżanki natychmiast zapragnęła mieć identyczną u siebie. Wieczór uświetnił jeż, który przytuptał z krzaków, skuszony kocią karmą.
Weekend czwarty: Spotkanie trzeciego stopnia
W czwarty weekend postawiliśmy na odpoczynek we dwoje. Po całym dniu pracy przy „hacjendzie” w 40-stopniowym upale, wieczorem wreszcie zasiedliśmy w altanie. Pełne oświetlenie, playlista z czasów młodości i – mówiąc kolokwialnie – „darcie ryja” do znanych przebojów.
Bawiliśmy się przednio, aż tu nagle, około północy, do środka wszedł lis. I to nie jakiś mały lisek, ale wypasione lisiśko! Zapamiętałam tylko jego zdziwione ślepia i grubą kitę z białym końcem, którą machnął mi przed nosem, gdy tylko usłyszał mój krzyk. Małż nic nie widział, bo siedział tyłem, ale po moim ataku paniki impreza została natychmiast rozwiązana. Następnego dnia rano, jak gdyby nigdy nic, obok naszych kotów przekicał zając. Koty nawet nie drgnęły – może są w jakiejś zmowie?
Wolność, czyli powrót do „czasów przed lokatorami”
Patrząc na te wakacje, jestem pewna jednego: nie byłoby tak wesoło, gdyby syn z rodziną wciąż u nas mieszkał. Wiecie, jak to jest: „cisza nocna, bo wnusio śpi” i inne takie... ograniczenia.
Młodzi wyprowadzili się na początku lipca. Po dwóch i pół roku uznali, że wolą płacić grube pieniądze za stancję, niż pomagać nam w pracach przydomowych. Ich wybór. Ja natomiast na własnej skórze poczułam, że choć czasem nie docenia się tego, co się ma, to ja odzyskałam coś bezcennego – moją przestrzeń i spokój.
To korzystaj póki czas. Altana o jesienią na pewno się sprawdzi w towarzyskich spotkaniach
OdpowiedzUsuń😘
Luciu, te lato naprawdę muszę zaliczyć do udanych, pod względem towarzyskim :) Uściski:*
OdpowiedzUsuń