Dziś od siódmej ryłam w ogrodzie. Boszszszsz... jak mi tego brakowało. Nie patrzyłam na termometr, ale pracowałam tylko w ocieplaczu, bez czapki. W lutym ! Wygrabiałam liście z trawnika, których nie zdążyłam zagrabić jesienią. A nade mną, jak na autostradzie. Nad głową przelatywały klucze gęgających gęsi, żurawi oraz zupełnie nie zidentyfikowanych przeze mnie ptaków. Trafiły się również dwie pary łabędzi, lecące dość nisko zupełnie w przeciwnym kierunku. Chłonęłam ów harmider z wielką radością, bo lubię przedwiośnie, które zawsze napawa mnie nadzieją, iż w tym sezonie ogrodniczym poczynię wielkie rzeczy. Potem różnie z tym bywa, ale plany zawsze mam ambitne.
Zapowiedziałam Małżowi, by załatwił zwyżkę. Trzeba podciąć nadmiernie rozrastające się brzozy, zanim soki ruszą. Mam zamiar z podciętych gałązek upleść wianki. Przez lato wyschną, a na zimę będzie jak znalazł do stroików świątecznych.
Natomiast On, oznajmił, że musi podciąć " różne INNE drzewa" Sie pytam - Jakie? Dość enigmatycznie odpowiedział - "Zobaczysz "
-Jasssssssnnnnnneeeee! W życiu!!!
Musicie wiedzieć, że osobiście walczę o każdą podcinaną roślinę jak o niepodległość. Jeśli, według mnie ( czyt. ostateczna decyzja zawsze należy TYLKO do mnie) nie trzeba nic ścinać, to sie nie ścina. NO!
Syn, który mieszka z nami, najchętniej powycinał by wszystko, zasadził trawą, i puścił kozy, żeby nie trzeba było owej trawy kosić. Bo grunt to się nie napracować.
Jednakże dziś mamusia, czyli ja, zapowiedziała, że jutro sprzątamy caaaaaały chodnik ( z pięćdziesiąt metrów) oraz rynsztok ( drugie tyle) , bo po zimie na kostce piachu po kolana i nie wygląda to najlepiej. Nie okazał zbytniej radości, co mnie zupełnie nie obeszło. Fajnie jest mieszkać w domku z ogródkiem, nie płacąc za wynajem, lecz dbać o obejście, to już mniej fajnie.
Ale to się zmieni. Tak gdzieś grubo po trzydziestce.
Wiem po sobie .