Długo mnie nie było, ale musiałam poczekać na efekty mojej walki z wagą. I oto... taaaaadaaaaammm! Kobiece kształty kręgla powoli odchodzą w zapomnienie. Ponad dwa kilogramy za mną, jeszcze drugie tyle i osiągnę cel.
Reniaczek, moja niezawodna przyjaciółka, poradziła mi metodę 16/8 – czyli przez 16 godzin nic nie jem, a w oknie między 9:00 a 17:00 jem to, co wcześniej. No, prawie, bo pieczywo ograniczyłam do minimum, choć świeży chlebuś to moja słabość. Najtrudniej jest wieczorem, gdy lodówka zaczyna do mnie przemawiać, ale widok spadającej wagi to najlepszy knebel na podjadanie. Choć, jak mawia Reniaczek za Lucią: „W pewnym wieku lepiej mieć 3 kg za dużo niż za mało”, bo ta szmaciara grawitacja tylko czeka, żeby wszystko pociągnąć w dół ze zdwojoną siłą.
Inwazja porywaczy ciał?
Skoro już tu jestem, muszę opisać mój tegoroczny Dzień Kobiet. Był... zaskakujący. A wszystko za sprawą mojego Małża.
Gdy wróciłam wieczorem z pracy, mój mężczyzna (akurat na L4 z powodu przeziębienia) przywitał mnie prosto w progu. Zbaraniałam. Zazwyczaj zastaję go w pozycji „Ave Cezar” – rozłożonego na kanapie z pilotem w dłoni. A tu proszę: stoi, uśmiecha się, a za plecami chowa różę. No w mordeczkę, miło mi się zrobiło!
Przez lata to święto było u nas raczej ignorowane, chyba że młodszy syn przypomniał ojcu o tulipanie w pobliskim spożywczaku. Ale syn już dawno na swoim, więc ewidentnie moje ostatnie fochy i tupanie nóżką w kwestii rocznic i urodzin zaczęły przynosić efekty.
Poświęcenie przez wielkie „P”
Mało tego! Dowiedziałam się, że w miejscowym sklepie kwiatów już nie było, więc Małż – mimo kataru – pognał 10 kilosów dalej do kwiaciarni. Szok! Ale najlepsze zostawił na koniec: zignorował propozycję zakupu czekoladek, bo... PAMIĘTAŁ, że się odchudzam.
W tym momencie autentycznie się wzruszyłam. Pomyślałam nawet, że jacyś kosmici podmienili mi Małża (w sumie wierzę w UFO, więc to była logiczna teoria). Niestety, rano nie było już śladu po tej gwiezdnej wymianie. Czekałam choćby na śniadanie do łóżka, ale „Cezar” wrócił na swoją kanapę. Cóż, apetyt rośnie w miarę jedzenia, a ja przecież jestem na diecie