"Kwiecień plecień...” – to ludowe przysłowie sprawdza się w tym roku co do joty. W piątek mieliśmy prawie 18 stopni i młodzież pomykającą w krótkich rękawach, a w sobotę... sypnął śnieg. Jak dobrze, że tym razem nie pośpieszyłam się z eksmisją zimowych butów na poddasze! Do kościoła dumnie wkroczyłam w kozakach, a i tak zmarzłam na kość.
Mimo arktycznej aury, sobota stała pod znakiem pierwszych urodzin mojego trzeciego wnuczka. Były balony, serpentyny i oczywiście tort. Synowa się postarała – brakowało tylko piniaty, ale czuję w kościach, że przy następnej okazji na bank się pojawi. Goście konsumowali mięsiwa i napoje wyskokowe, a za oknem, jak w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, leniwie sypał śnieg
Ziąb doprawił mnie ostatecznie – dorobiłam się zapalenia ucha. Zaczęło się niewinnie od gardła i kaszlu, aż w końcu wirusowe niedobitki, których nie zmógł mój domowy czosnkowy „zajzajer”, zagnieździły się w uchu. Próbowałam domowych sposobów, ale gdy doszło do tego, że nie mogłam otworzyć ust, by zjeść coś treściwszego niż rzadka zupka, skapitulowałam. Kierunek: Przychodnia.
Zwierzęta mają lecznice, gdzie się je leczy. Ludzie mają Przychodnie, do których się... przychodzi. Ale nie tak od razu! Najpierw musisz przejść casting telefoniczny, żeby się umówić. Jak się nie dodzwonisz, to idziesz osobiście. W środku pustki, hula wiatr, żadnych kolejek. Ale porządek musi być – lekarz ma swoje 10 minut na pacjenta, wszystko idzie taśmowo. Może to i dobrze? Naród się nie styka, nie zaraża i szanuje swój czas?
Drzewiej bywało inaczej. W kolejkach kwitło życie towarzyskie, a do gabinetu wchodziło się z „załącznikiem”: miodem, alkoholem, a czasem i ubitą kurą. Sama, jeszcze przed pandemią, odwiedzałam wiekową panią neurolog z naręczem jajek od naszych szczęśliwych kurek. Za pierwszym razem trzęsły mi się ręce, nie wiedziałam, jak to rozegrać. Gdy tylko położyłam reklamówkę na biurku, twarz lekarki pojaśniała. Chwyciła podarek, podeszła do szafy i wyciągając puste pudełka, zapytała rzeczowo:
– Wytłaczanki oddać?
– Wytłaczanki oddać?
Czy wtedy było lepiej? Na pewno życie było bardziej nieprzewidywalne i barwne. Nikt nie wiedział, co to jest ten słynny „stres”. Człowiek się po prostu zdrowo wkurwił i szedł dalej. Dziś wszystko musi mieć diagnozę, kod w systemie i górę tabletek na każdą najmniejszą bolączkę.
Mogłabym tak długo, ale co było, to było. Wolę wyciągać pozytywy: przez ten nieszczęsny szczękościsk schudłam i ważę tyle, co w liceum! A dzięki zatkanemu uchu słyszę tylko to, co chcę usłyszeć.
Ot, cała filozofia!