Kolejne urodziny przeleciały mi przed oczami jak sen złoty. Uściski, czekoladki i kwiaty od syna, a od synowej śliczny hand-made z kotkami ułożonymi z kamyków (na który co prawda sama ją naprowadziłam, ale doceniam starania). Do tego życzenia od Reniaczka, życzenia od Małża (syn musiał ojcu przypomnieć) oraz ponadgodzinna rozmowa z odwiecznym adoratorem – i tak oto zamknęłam kolejny rok życia. Tylko ja wiem, jak wielki progres zaliczyłam przez ten czas. Bardzo mi się ta zmiana podoba. Oby tak dalej!
Upadek "malowany"
Niestety, tuż po urodzinach spierdzieliłam się z drabinki podczas malowania cegiełek w kuchni. Przydzwoniłam głową w blat, mimo że rozpaczliwie asekurowałam się prawą ręką. Małż był obecny przy tym "wywrocie", więc przynajmniej miał kto zawieźć mnie na SOR. Cztery godziny spędziliśmy, czekając na opis rezonansu głowy i prześwietlenie ręki.
Ale że szczęście mnie nie opuszcza, wróciłam do domu jedynie w łusce gipsowej. Zdjęłam ją sama po trzech dniach, gdy dowiedziałam się, jakie są kolejki do ortopedy. Przerzuciłam się na okłady z oleju rycynowego. Wierzę, że pomaga – wszak wiara czyni cuda. Wobec powyższego co wieczór zamieniam się w początkującą mumię. Poza prawym nadgarstkiem owijam bandażem elastycznym lewą stopę (uraz dwuletni), kolano (uraz kilkuletni) oraz haluksa (bez urazu, tak profilaktycznie). Tak obandażowana toczę się do alkowy. Czad!
25 lat na cmentarzu
Za to za dnia... przydarzyła mi się bardzo budująca historia. Podczas sprzątania grobów bliskich otrzymałam komplement, który będę wspominać do końca moich dni. Starsza siostra koleżanki z klasy, która przyjechała w odwiedziny z USA, pomyliła mnie z dwudziestopięciolatką! Małż podsumował co prawda, że pomyłka wynikła wyłącznie ze słabego wzroku owej kobiety, ale fakt pozostaje faktem. Dopóki nie dopadnie mnie demencja, będę to wspominać z nostalgią. Noooo.
A propos demencji...
Rozmowa z Małżem: — Kotuś, czy brałeś ten zestaw do malowania, który leżał przy drzwiach? — Nie, nie brałem — odpowiada, nie odrywając wzroku od telewizora. — Szlag... gdzie ja go wpierdzieliłam? — mruczę pod nosem, opuszczając salon.
Pół godziny przeczesuję całą chawirę. Wracam do salonu i tchnięta złym przeczuciem, dopytuję: — Na pewno nie brałeś tej niebieskiej kuwetki z wałeczkami? Patrzy na mnie, jakby się dopiero obudził: — Aaaaaaaa, to niebieskie zafoliowane pudełko? — Tak, właśnie tamto! Przecież rano wspominałam, że kupiłam ten zestaw specjalnie, żeby skończyć malowanie! — tłumaczę najspokojniej jak potrafię, choć powieka już mi lata. — Noooooo... wziąłem, bo miałem pomalować ściankę przy drzwiach. Potem wyniosłem na podwórko i namoczyłem w wiaderku.
Widząc moją minę, szybko dodaje: — Dobra... o co tyle rabanu... już... już idę... umyję.
Patrzę na niego z niedowierzaniem i osuwam się na fotel. Z bezsilności nogi się pode mną uginają, a tchu brakuje. — No przecież pytałam, czy go wziąłeś... — jęczę w stronę pustej kanapy, wydobywając z płuc ostatki powietrza.
Kurtyna